piątek, 22 lipca 2016

Czy opłaca się być tym grzeczniejszym dzieckiem?



Witam wakacyjnie! Jako nauczyciel pracujący w szkole mam tę przyjemność, że zamiast dwudziestu paru dni urlopu wypoczynkowego mam dobrych kilka tygodni wakacji:) W związku z tym postaram się zamieszczać na blogu teksty z większą częstotliwością. Mam nadzieję, że nie zraziliście się po tej nieco przydługiej przerwie i nadal do mnie zaglądacie:)
Przy okazji przygotowań do tegorocznego wyjazdu przypomniałam sobie urlop z poprzedniego roku, a wraz z nim – pewną rodzinę, która wypoczywała w tym samym co my pensjonacie. Pamiętam, że miałam w planie napisać na blogu tekst, którego inspiracją byłaby ta właśnie rodzinka. A, jak to mówią, co się odwlecze, to nie uciecze - i tak oto po roku piszę ten zaległy tekst:) A mowa w nim będzie o jednym z wielu rodzicielskich wyzwań, które wiążą się z posiadaniem więcej niż jednego potomka – o równym traktowaniu swoich dzieci.
 

Ze wspomnianą rodziną codziennie widywaliśmy się przy okazji posiłków na wspólnej stołówce. Rodzina składała się z mamy, taty oraz dwóch braci – starszego, może 7-letniego Mateusza i o parę lat młodszego Dawidka. Tak się jakoś składało, że w porze obiadu przeważnie to oni byli pierwsi na stołówce, w związku z czym już od progu witały nas dobiegające od ich stolika słowa:

„Ciekawe, ile łyżek zupy zje dziś Dawidek?”

„Ooo, jak ładnie jesz! Pani Zosiu, proszę popatrzeć, jak Dawidkowi smakuje zupka!”

”Oj, skoro nie jesz, to nie będzie dziś żadnej nowej zabawki…”

„No spróbuj mięska, pani Zosia tak się napracowała, żeby je zrobić, no zjedz chociaż kawałek…”

I tak, dzień po dniu, posiłki mijały nam na słuchaniu, jak tam Dawidkowi idzie jedzenie i co czeka go w związku z tym w dalszej części dnia. Niby nic nowego, klasyka - odwieczna walka rodziców niejadków (lub pozornych niejadków, o których pisałam tutaj) ze swoimi wybrednymi kulinarnie pociechami, by zechciały cokolwiek zjeść. Nie to jednak przykuwało moją uwagę. To, co najbardziej rzucało mi się w oczy przy tych codziennie powtarzających się sytuacjach, to siedzący tuż obok Mateusz. 

Mateusza nie trzeba było namawiać do jedzenia.

Mateuszowi nie trzeba było zwracać uwagi.

A może raczej - na Mateusza nie trzeba było zwracać uwagi?

Chciałabym od razu zaznaczyć, że nie mam na celu oceniania tych konkretnych rodziców, bo widziałam przecież zaledwie parę urywków z ich życia. Nie wiem, jakie mają relacje z synkami, jak wygląda ich zwykłe, codzienne funkcjonowanie jako rodzina, jednak to, co zdołałam zaobserwować w trakcie tych kilku posiłków, jest według mnie dobrym przykładem nierównego traktowania swoich dzieci. W tym przypadku - z pewnością niezamierzonego i być może ograniczającego się jedynie do sytuacji posiłku. Po tych paru latach pracy z dziećmi i ich rodzicami wiem doskonale, jak bardzo dorośli potrafią czasem zafiksować się na temacie jedzenia; gdy pracowałam w przedszkolu, wielu rodziców przy odbieraniu maluchów po południu za priorytetową sprawę uznawało to, czy i ile ich dziecko zjadło na obiad. Dlatego też nie chcę skupiać się akurat na tej konkretnej sferze, a historyjkę o Dawidku i jego rodzinie potraktować jedynie jako ilustrację szerszego zjawiska. 

Często jest tak, że gdy w domu jest więcej niż jedno dziecko, to przeważnie któreś z nich jest bardziej absorbujące niż pozostałe. Bardziej niegrzeczne, bardziej ruchliwe, bardziej grymaśne, bardziej niesamodzielne... Drugie (załóżmy, że mówimy o dwójce rodzeństwa) dla odmiany - bardziej ułożone, niesprawiające kłopotów, zaradne, nierobiące wokół siebie "szumu". Najczęściej taka sytuacja wiąże się z tym, że uwaga rodziców nie jest symetrycznie rozdzielona pomiędzy tę dwójkę - wiadomo, dziecko, które jest bardziej wymagające, dostaje jej więcej. Z jednej strony jest to naturalna sprawa. Odwołując się do przykładu Dawidka i Mateusza - skoro jedno dziecko ładnie zjada, to można w tym czasie skupić się na tym, by mobilizować do jedzenia to drugie. Podobnie jest w innych sytuacjach: skoro jedno grzecznie się bawi, a drugie rozrabia, to automatycznie poświęcamy uwagę łobuzowi; skoro jedno dobrze radzi sobie z lekcjami, to skupiamy się na pomaganiu temu, któremu nauka idzie gorzej. I tak dalej, i tak dalej.

Naturalne? Może i tak. Sprawiedliwe? To już niekoniecznie. Spróbujmy się postawić na miejscu tego "grzecznego" dziecka. Co ono właściwie z tego ma, że zachowuje się zgodnie z oczekiwaniami rodziców? Może od czasu do czasu usłyszy jakąś pochwałę, może dostanie buziaka czy uścisk (o ile rodzic nie przezwyczaił się do jego grzeczności aż zanadto i nie zaczął jej postrzegać jako czegoś oczywistego), ale summa summarum to siostra czy brat przez większość czasu są w centrum zainteresowania. Nietrudno w takiej sytuacji o poczucie krzywdy. I chociaż najczęściej te ułożone dzieci nie posuwają się do tego, by rywalizować o uwagę mamy i taty pogorszeniem zachowania, bo jest to przeważnie wbrew ich naturze (aczkolwiek zdarza się i tak), to jednak często czują się pokrzywdzone, niezauważane czy wręcz mniej kochane. Nierzadko rośnie w nich również wrogość w stosunku do rodzeństwa zagarniającego rodziców dla siebie, która ciągnie się nieraz latami i nie zostaje przezwyciężona nawet w dorosłym życiu.

Co prawda nie wiem, jak to jest być rodzicem choćby jednego dziecka, nie mówiąc już nawet o dwójce, jednak chętnie podzielę się paroma radami jako nauczycielka. W końcu w moim zawodzie również można mieć niemały problem z równym traktowaniem podopiecznych, stąd też tak całkiem zielona w temacie nie jestem;) A oto kilka moich wskazówek:

- "równe traktowanie" to nie to samo, co "identyczne traktowanie"; nie chodzi o to, by nagle zacząć wychwalać pod niebiosa za zjedzony obiad dziecko, które nie ma problemów z apetytem tylko dlatego, że chwalimy tak naszego niejadka. Chodzi raczej o ilość czasu i uwagi poświęcanej dzieciom - jeśli na przykład jedno z Twoich dzieci wymaga sporej pomocy przy nauce, to postaraj się potem spędzić podobną ilość czasu z drugim dzieckiem, które nie potrzebuje Twojego wsparcia w odrabianiu lekcji. Jeśli synek rozrabia, a córka grzecznie się bawi, to pilnuj się, by nie poświęcać całej uwagi rozrabiace, ale dostrzegać także córeczkę i - jeśli chce - towarzyszyć jej w zabawie;

- pamiętajmy, że każde dziecko jest inne i ma inne potrzeby! Być może jedno z Twoich dzieci lubi się przytulać, a drugie woli grać z Tobą w gry planszowe; staraj się, by spełniać w podobnym stopniu potrzeby obojga;

- jeśli jedno z Twoich dzieci jest tym grzeczniejszym i mniej zajmującym, to pamiętaj, by często zapewniać je o swojej miłości i okazywać żywe zainteresowanie jego sprawami; dbaj o to, by nie czuło się niezauważane tylko dlatego, że sprawia mniej problemów;

- jeśli masz dzieci różnej płci, to wystrzegaj się wtłaczania ich w stereotypowe role, np. przy rozdzielaniu obowiązków domowych; dość często dorosłe kobiety mające braci skarżą się, że w dzieciństwie jedynie od nich jako dziewczynek wymagało się sprzątania czy pomocy w kuchni, podczas gdy od braci nikt tego nie oczekiwał.    

Oczywiście ta garstka przemyśleń absolutnie nie wyczerpuje bardzo rozległego tematu, jakim jest równe traktowanie dzieci. Można by mówić jeszcze długo o wielu kwestiach z tym związanych, jak choćby o pozycjach dziecka najstarszego, średniego i najmłodszego w rodzinie, o tym, czy "można" kochać któreś dziecko bardziej, o rywalizacji o względy rodziców między rodzeństwem, i tak dalej, i tak dalej... Jednak to już tematy na odrębne wpisy:)

      
 




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz