wtorek, 24 maja 2016

"Szanuj starszych" - a co z młodszymi?

Wszyscy oczekujemy od dzieci, by nas szanowały. Zastanawiamy się, jak nauczyć je szacunku, do znudzenia powtarzamy, że należy szanować starszych/słabszych/ludzi o innych poglądach/osoby o innym kolorze skóry i tak dalej. Ale czy zastanawiamy się nad tym, na ile my sami okazujemy dzieciom szacunek? Owszem, może i nie stanowią one żadnej "uprzywilejowanej" grupy, której w obiegowej opinii szacunek należy się niejako z urzędu (tak, jak ci osławieni starsi ludzie), ale czy rzeczywiście wiek zaledwie kilku lat sprawia, że szanować ich nie trzeba? Czy godność przysługuje człowiekowi dopiero wtedy, gdy stanie się dorosły?


Domyślam się, że każdy po usłyszeniu tego pytania odpowiedziałby mniej więcej tak: "Ależ oczywiście, że nie, godność jest czymś przyrodzonym każdej osobie i nie zależy od wieku". To tyle na poziomie deklaratywnym. A jak jest z praktyką? No cóż, na moje oko to święci pod tym względem nie jesteśmy. Popatrzmy choćby na język, którego używamy, gdy mówimy do dzieci lub o dzieciach. Świetnie tę sprawę nakreślił mój ulubiony, wielokrotnie już cytowany na blogu Janusz Korczak:
"Zawsze jak dorosły się krząta, to dziecko się plącze, dorosły żartuje, a dziecko błaznuje, dorosły płacze, a dziecko się maże i beczy, dorosły jest ruchliwy, dziecko wiercipięta, dorosły smutny, a dziecko skrzywione, dorosły roztargniony, dziecko gawron, fujara. Dorosły się zamyślił, dziecko zagapiło. Dorosły robi coś powoli, a dziecko się guzdrze. Niby żartobliwy język, a przecież niedelikatny. Pędrak, brzdąc, malec, rak - nawet kiedy się nie gniewają, kiedy chcą być dobrzy. Trudno, przezwyczailiśmy się, ale czasem przykro i gniewa takie lekceważenie."

Ano właśnie - lekceważenie, przeciwieństwo szacunku. Pomyślmy o tym, zanim następnym razem skomentujemy poczynania naszego dziecka słowami "przestań się mazać" czy "znowu się guzdrzesz".

W naszym dorosłym świecie czymś naturalnym jest, że oczekujemy od innych szacunku. Liczymy na to, że otoczenie będzie dla nas raczej uprzejme niż nieuprzejme, że będzie respektować nasze potrzeby, uwzględniać nasze zdanie, że nikt nie będzie się nas "czepiał" z błahych powodów. Tacy sami (z reguły) staramy się być dla innych. A jednak często wykluczamy z tego dzieci. Z jakiegoś powodu traktujemy je inaczej, jeśli chodzi o kwestię szacunku. Najprostszy przykład: nawet, gdy jakiś dorosły bardzo nas zdenerwuje i zrobi coś kompletnie nie po naszej myśli, to nie ośmielimy się (a przynajmniej większość z nas) podnieść na niego ręki, a tymczasem - jeśli tym kimś jest dziecko - wielu ludzi w takiej sytuacji ochoczo ustawi je do pionu klapsem (a jeśli nie klapsem, to przynajmniej krzykiem). Często zastanawiam się, skąd ta różnica w traktowaniu drugiego człowieka? I jak dziecko ma nauczyć się odnoszenia się do innych z szacunkiem, jeśli samo tego szacunku nie doświadcza?

Myślę sobie, że wielu ludzi ma w głowie przekonanie, które można by sformułować mniej więcej tak: "To ja tu jestem dorosły, ono jest dopiero dzieckiem. To ja tu rządzę i muszę działać tak, by dziecko wiedziało, kto jest szefem". Niby coś w tym jest - rzeczywiście nie można dać sobie wejść na głowę, rzeczywiście dobrze jest, by dziecko czuło respekt do rodzica, ale czy faktycznie ta relacja powinna za wszelką cenę przypominać relację króla z jego poddanym czy prezesa z podwładnym? Nie zrozumcie mnie źle - jestem jak najbardziej za tym, że to rodzic ustala zasady, że wyznacza dziecku granice, ale nie lubię chorobliwego skupiania się na tym, by w relacji z dzieckiem przede wszystkim "bronić swojej władzy". Tak upragniony szacunek można przecież zdobyć również w relacji, w której nikt nie jest "ważniejszy" czy też "bardziej zasługujący na szacunek".

A właściwie dlaczego to takie ważne, by od małego traktować dziecko z należnym mu szacunkiem? Otóż jestem przekonana, że jeśli tego zabraknie, to taki mały człowiek nauczy się bardzo niefajnej (i nieprawdziwej) rzeczy o sobie samym i o tym, jak funkcjonuje świat. Najprawdopodobniej wyciągnie wniosek, że wszyscy mogą go traktować w taki sposób, w jaki był traktowany w dzieciństwie i że jest to coś normalnego. Nie będzie oczekiwał od innych szacunku i prawdopodobnie będzie też miał niemałe problemy z kwestią szacunku do samego siebie. Oczywiście nie mam tu na myśli, że jakieś nasze drobne "grzeszki" w tej sferze od razu i bezpowrotnie złamią życie naszym dzieciom, ale jednak permanentne, mocno lekceważące traktowanie swojej pociechy czy podopiecznego pociąga już za sobą realne ryzyko skrzywdzenia tegoż dziecka - i to nie tylko tu i teraz, ale i po latach.

A dla tych, którzy chcą kształtować u dziecka postawę szacunku - moi drodzy, nie od dziś wiadomo, że najlepiej działa przykład. Jeśli więc chcesz nauczyć dziecko szacunku, to nie opowiadaj mu w pięknych słowach, co to takiego, tylko POKAŻ swoim zachowaniem, na czym rzecz polega. Daj mu to poczuć, pozwól przekonać się na własnej skórze, czym ten szacunek w istocie jest i co dobrego ze sobą niesie. A w wolnej chwili polecam lekturę "Prawa dziecka do szacunku" Janusza Korczaka, znajdziecie tutaj - bo warto uczyć się od mistrzów:)



 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz