środa, 4 maja 2016

Stop narzucaniu dzieciom, co "powinny" czuć!

Choć ostatnio pisałam o tym, że współcześnie bardzo duży nacisk kładzie się na rozwój poznawczy dzieci, to jednak od ładnych kilku lat w parentingowo-pedagogicznym świecie dostrzegam również inną tendencję. Tendencję, która akurat bardzo mnie cieszy. Otóż mam wrażenie, że coraz więcej uwagi poświęca się tematowi wspierania u dzieci ich rozwoju emocjonalnego. Dążymy do tego, by dzieci uświadamiały sobie przeżywane emocje i by potrafiły je nazwać, kształtujemy w nich empatię, odwołując się do sfery uczuć przy różnych sytuacjach konfliktowych, czytamy im bajki terapeutyczne i te tradycyjne i podejmujemy inne tego typu wysiłki - a wszystko po to, by nasi milusińscy wyrośli na ludzi dojrzałych emocjonalnie, wrażliwych na innych, jak to się dziś mówi -odznaczających się wysoką inteligencją emocjonalną. 

Jednak coś, co nadal powszechnie występuje u rodziców i innych osób zajmujących się dziećmi i godzi w ten ze wszech miar słuszny  cel, to narzucanie dzieciom emocji, innymi słowy - mówienie im, co "powinny" czuć.
"Powinnaś się cieszyć!"
"Powinieneś się wstydzić!"
"Powinniście być wdzięczni!"
No właśnie. Czy dziewczynka, która tuż po odpakowaniu prezentu od podekscytowanej cioci jest rozczarowana, bo spodziewała się Elsy z "Krainy lodu", a dostała zwykłą barbie, rzeczywiście "powinna" się cieszyć? A chłopiec, któremu babcia zrobiła na drutach przepiękny sweterek, poświęcając temu wiele zimowych wieczorów - czy "powinien" być wdzięczny? A co ze starszym bratem, któremu wmawia się, że powinien być dumny z naśladującej go we wszystkim młodszej siostrzyczki, gdy tymczasem jego od dawna przepełnia zazdrość? Pewnie, chcielibyśmy, żeby dzieci czuły dokładnie to, co my uważamy za stosowne w danej sytuacji - co więc robimy? "Podpowiadamy" im te emocje, choć na pierwszy rzut oka widać, że przeżywają coś całkiem innego. Tak, jakbyśmy wierzyli, że dzięki naszym sugestiom w magiczny sposób rozczarowanie zmieni się w radość, a niechęć - w sympatię.

Innym rodzajem negowania emocji odczuwanych przez dzieci - choć znacznie bardziej subtelnym - jest raczenie ich tekstami w rodzaju "nie ma powodu do płaczu", "nic się nie stało" czy "już wszystko dobrze". Robimy to naturalnie w dobrej wierze - chcemy uspokoić, ukoić, pocieszyć. Ale czy aby na pewno nasze beztroskie stwierdzenie, że "nie ma powodu do płaczu", podczas gdy nasza pociecha właśnie przeżywa jakiś potężny, dziecięcy dramat, pomoże jej zrozumieć zalewające ją emocje i uporać się z nimi? Wyobraź sobie, że właśnie zgubiłeś ulubiony zegarek/zepsuł Ci się nowiutki telefon/pokłóciłeś się ze współmałżonkiem/stało się cokolwiek innego, co mocno Cię zdołowało. Przychodzi do Ciebie przyjaciel, wysłuchuje, co Ci leży na sercu, po czym stwierdza, że "nic się nie stało" i "nie ma powodu do płaczu". Czy uznałbyś taką reakcję za pomocną? Ja poczułabym się totalnie niezrozumiana, zlekceważona i osamotniona w swoim małym nieszczęściu. Myślę, że dzieci mogą odczuwać to podobnie. Dlatego też, jeśli chcemy uczyć je empatii, wykażmy się nią wpierw w stosunku do nich.

Emocją, którą wyjątkowo lubimy narzucać dzieciom (zdaje się, że jest to szczególną domeną nauczycielek w przedszkolu, choć na pewno nie jest również obce rodzicom dwójki lub liczniejszego rodzeństwa), jest skrucha. Wiadomo - kiedy mamy do czynienia z mniejszą czy większą grupą dzieci, to czymś nieuniknionym są regularne konflikty, utarczki i spięcia, a co za tym idzie - również następujące później przeprosiny i pojednania. Dobrze, jeśli "przepraszam" wychodzi od dziecka; gorzej natomiast, jeśli przeprosiny są wymuszone przez dorosłego, który postanowił wkroczyć do akcji i zaprowadzić porządek. A już najgorzej, jeśli nakazowi przeproszenia towarzyszy ostrzeżenie typu "Albo natychmiast ją przeprosisz, albo zapomnij o tablecie do końca dnia!". Skuteczność w wyegzekwowaniu przeprosin oczywiście wzrośnie, ale czy to właśnie o to nam chodzi?

I znów, jak z pocieszaniem - tu też chcemy dobrze. Chcemy nauczyć dziecko, że kiedy sprawi komuś przykrość, to wypadałoby później przeprosić, by wynagrodzić drugiej osobie doznaną krzywdę i oczyścić atmosferę. A jednak często wpadamy w pułapkę - skupiamy się tylko na tym, by padło słowo "przepraszam", nie zważając na to, że nie da się wymusić uczucia skruchy i chęci zadośćuczynienia skrzywdzonej osobie. Poza tym nie wiem, jak Wy, ale jeśli ktoś sprawiłby mi przykrość i następnie przeprosiłby mnie, przymuszony przez kogoś innego, to miałabym takie sztuczne przeprosiny głęboko w nosie. A że dzieci nie są jakimiś kosmitami, tylko małymi ludźmi podobnymi do nas, to zapewne mają zbliżone spojrzenie na tę sprawę i również nie mają problemu z wyczuciem, czy ktoś naprawdę przeprasza je z głębi serca, czy robi to nieszczerze i machinalnie, z obawy przed karą. 

Świat uczuć i emocji nie jest łatwy do okiełznania - ani dla dużych, ani tym bardziej dla małych. Wspierajmy dzieci w oswajaniu go, ale róbmy to mądrze - obserwujmy je, pomagajmy rozpoznawać i radzić sobie z przeżywanymi przez nie emocjami, ale zaprzestańmy podsuwania im własnych pomysłów z gatunku "co należałoby czuć w tej sytuacji". Nie negujmy tego, co odczuwają - jeśli płaczą, to widocznie JEST powód do płaczu, jeśli wariują z radości, to również ma to z pewnością jakieś uzasadnienie. Sfera emocji jest ze swej natury wystarczająco skomplikowana - postarajmy się, by wmawianymi dzieciom "powinnościami" dodatkowo jej im nie zagmatwać.



 

   

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz