niedziela, 10 kwietnia 2016

Zaopiekuj się mną... Nawet, gdy nie będę chciał...



Trafiłam ostatnio w sieci na fajny obrazek, który początkowo szczerze mnie rozbawił, a później stał się inspiracją do poniższego wpisu. Obrazek przedstawiał typową klasę szkolną.  W ławkach siedziały dzieci w wieku wczesnopodstawówkowym, naprzeciw nich stał nauczyciel, a nad ich głowami krążyli wyposażeni w śmigła rodzice, wręczając swoim pociechom pudełka śniadaniowe, czapki czy zapomniane zeszyty. Pod obrazkiem znajdował się podpis: „Are you a helicopter parent?”. Pierwszy raz spotkałam się z takim określeniem, jednak dla zaspokojenia ciekawości nie musiałam wcale szukać wyjaśnienia w odmętach Internetu – sama grafika dobitnie zobrazowała mi, o jaki typ rodzica chodzi.

Choć w naszym kraju określenie "rodzic-helikopter" nie zdobyło jak dotąd zbytniej popularności, to jednak samo zjawisko, jakim jest chorobliwa nadopiekuńczość, wcale tak mało popularne nie jest; mam wręcz wrażenie, że występuje coraz powszechniej. Nie brakuje rodziców takich jak ci na wspomnianym obrazku, którzy - zauważywszy, że ich dziecię zapomniało zabrać do szkoły kanapki (oczywiście zrobione przez nich samych, przy czym wiek pociechy nie ma tu nic do rzeczy)- "polecą" natychmiast z owymi kanapkami do szkoły, by wybawić potomka od zagrożenia głodem. Są i tacy, którzy - aby nie dopuścić do sytuacji, gdy dziecko zapomni zabrać coś ważnego do szkoły - sami własnoręcznie pakują do szkoły małego (albo i już niemałego) ucznia. A skoro już jesteśmy w klimatach szkolnych - nie sposób nie wspomnieć o rodzicach, którzy tak dalece zaangażowali się w "pomaganie" swym dzieciom w nauce, że regularnie wyręczają je z ich obowiązków, takich jak napisanie wypracowania czy wykonanie pracy plastycznej (to ostatnie widać szczególnie na konkursach plastycznych, gdzie kilkuletnie dzieci są rzekomo autorami prac, których nie powstydziłby się student ASP).

Takich rodziców-helikopterów pamiętam również z czasów, gdy sama chodziłam do szkoły (na szczęście nie byli to moi - uff...). Pamiętam doskonale zażenowanie mojej koleżanki, gdy jej mama regularnie pojawiała się w szkole, by skonsultować to i owo z naszą nauczycielką, podyskutować o postawionej córce ocenie czy też wyrazić swoją opinię w sprawie planowanej wycieczki (i oczywiście zgłosić chęć uczestnictwa w tejże wycieczce jako dodatkowy opiekun). Mieliśmy też w klasie kolegę, którego rodzice także bardzo angażowali się we wszelkie szkolne sprawy, jednak dawali temu wyraz głównie na zebraniach, mocno przeżywając każdą omawianą kwestię - reszta dzieciaków z klasy dowiadywała się o tym od swoich rodziców i potem podśmiewaliśmy się (no cóż, dzieci bywają okrutne) z syna tychże państwa. Miałam też inną koleżankę, której mama co prawda nie pokazywała się zbyt często w szkole, ale za to zawsze, gdy bawiłyśmy się na trzepaku pod jej blokiem, wołała do niej z balkonu z tysiącem różnych spraw - a to, że zrobiło się chłodno i żeby przyszła po sweter, a to, że jest mocne słońce i żebyśmy poszły bawić się do cienia, a to znowu, żeby przyprowadziła koleżankę do domu, bo właśnie upiekło się ciasto. Niby nic - zwyczajna troska o swoje dziecko, ale jak przypomnę sobie, jaką złość lub zawstydzenie powodowały te rodzicielskie zachowania u moich rówieśników- ofiar nadopiekuńczości - to automatycznie zmniejsza się moja wyrozumiałość dla tych rodziców.

Zjawisko, o którym mowa, można też często zaobserwować na placach zabaw. Zawsze znajdzie się tam jakaś mama, babcia czy opiekunka (bo jakby nie patrzeć, ten problem częściej dotyczy kobiet), która chodzi krok w krok za dzieckiem i na ogół nie przestaje do niego trajkotać - można powiedzieć, że wchodzi w rolę animatora, który cały czas próbuje ukierunkowywać aktywność malucha lub przynajmniej we wszystkim mu towarzyszyć, nie szczędząc przy okazji przestróg dotyczących różnych niebezpieczeństw czyhających wokół. Owszem, czasem jest to uzasadnione, ale jeśli podopieczny ma już te 4 czy 5 lat i potrafi świetnie sam zorganizować sobie zabawę, to naprawdę bezustanne krążenie nad nim wcale nie wychodzi mu na dobre. Parę dni temu byłam na placu zabaw z dwójką naszych uczniów i miałam okazję poobserwować jedną z takich "animatorek czasu wolnego" - kilkuletni berbeć biegał sobie radośnie po całym terenie placyku, a tuż za nim podążała babcia, bombardując go lepszymi w jej mniemaniu pomysłami na spędzenie czasu - a może drabinki, a może huśtawka, a chodź do piasku, a zjedz chrupka, a pobaw się z chłopczykiem... A co na to berbeć? Nic, biegał sobie dalej, czerpiąc z tego ogromną przyjemność i puszczając mimo uszu dobre rady pani babci.

Gdy jeszcze pracowałam w przedszkolu, miałam tam do czynienia z pewną wyjątkowo helikopterową mamą. Pani ta dosłownie żyła życiem swojego dziecka, a to, co było dla mnie w tym wszystkim najbardziej uciążliwe, to regularnie prowadzone przez nią przesłuchania odnośnie jej synka. Dopytywała o każde, nawet najmniejsze zadrapanie (sam chłopiec oczywiście na ogół nawet nie był świadomy, że je ma, a tym bardziej nie wiedział, skąd się wzięło), o każdą sytuację między dziećmi, a wręcz oczekiwała cytowania, kto i co dokładnie powiedział do jej syna, gdy w grę wchodził jakiś dziecięcy konflikt. Choć pani miała z pewnością dobre intencje i zwyczajnie zależało jej na dobru dziecka, to jednak wszystkie te szczegółowe dochodzenia było bardzo męczące. Właściwie dziwi mnie jedno - że owa mama nie wybrała przedszkola ze stałym monitoringiem, bo wydaje mi się, że te placówki dedykowane są właśnie temu typowi rodziców.

Zachowania jak te opisane powyżej - choć dla wielu stanowią po prostu przejaw głębokiej troski i miłości do dziecka - w rzeczywistości krzywdzą to dziecko, hamując jego rozwój w wielu sferach. Samodzielność, odpowiedzialność, niezależność, poczucie własnej wartości, wiara w siebie, odporność emocjonalna, zaradność - właśnie w to wszystko uderza postawa nadmiernej opiekuńczości, pociągając za sobą straty, które nieraz są nie do odrobienia. Drogi rodzicu, pomyśl o tym, gdy po raz kolejny będziesz chciał odruchowo spakować dziecku tornister czy załatwić mu u nauczyciela podniesienie oceny. Zastanów się, na czym zależy Ci bardziej - na tym, by dziecko nie chodziło przez tych kilka godzin głodne, gdy zapomni zabrać kanapki, czy może na tym, by nauczyło się brać odpowiedzialność za siebie. I nade wszystko - nie zawłaszczaj sobie jego życia. Daj MU żyć.



  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz