niedziela, 17 kwietnia 2016

Trochę zimy, trochę lata, czyli o przegrzewaniu dzieci

Kwiecień-plecień, bo przeplata, trochę zimy, trochę lata - chyba wszyscy znają to polskie przysłowie. Oczywiście dotyczy ono zmienności pogodowej,jaka jest charakterystyczna dla tego miesiąca, jednak dobrze opisuje również to, co obserwuje się obecnie na ulicach. Mnie już wielokrotnie zdarzyło się tej wiosny zobaczyć stojących obok siebie ludzi ubranych w diametralnie różny sposób (i oczywiście nie mam tu na myśli stylu, tylko ilość założonych na siebie warstw). Pan w krótkich spodenkach obok pani w puchowej kurtce. Dziewczyna w przewiewnej bluzeczce, a obok koleżanka w czapce i szaliku. Ot, taka kwietniowa ciekawostka.


O ile sprawa dotyczy dorosłych, to oczywiście nie ma nad czym deliberować - każdy sam decyduje o swoim cieplnym komforcie, jednak jeśli chodzi o dzieci, to pozwolę sobie zabrać głos. Nie ukrywajmy - w większości przypadków to dorośli decydują, co mają na siebie założyć dzieci, na ogół kierując się przy tym własnym odczuciem ciepła i zimna. A tak przy okazji - kiedyś spotkałam się z ciekawą definicją sweterka, która dobrze ilustruje to, o czym mowa: "sweterek - coś, co zakłada się dziecku, gdy jego mamie jest zimno" :) Tymczasem przecież dzieci (oczywiście te w pewnym wieku) same są w stanie określić, czy jest im za zimno, czy może za ciepło - dlaczego nie zacząć kierować się ICH, a nie naszą oceną? Nie zapominajmy, że na ogół są one o wiele ruchliwsze niż my, co w prosty sposób przekłada się na odczuwanie przez nich ewentualnego zimna.

A co z dziećmi, które jeszcze nie są w stanie zakomunikować nam, że jest im za ciepło lub za zimno? No cóż, w takim przypadku najlepiej jest chyba polegać na starym, dobrym sposobie - sprawdzaniu ręką karku dziecka. Zimny - przyda się dodatkowa warstwa odzieży, gorący lub wręcz spocony - pora na pozbycie się co najmniej jednej warstwy. I jeszcze jedno - zimne rączki nie są oznaką, że dziecku jest za zimno! Wiem, to nic odkrywczego, a jednak mam wrażenie, że wśród rodziców ciągle pokutuje ten mit, więc chyba nigdy dość mówienia o tym.

Nie wiem, jakie Wy macie doświadczenia w tym temacie, ale wokół mnie nie brakuje rodziców, którzy zdają się hołdować zasadzie, że "im cieplej, tym lepiej". Znam na przykład dziewczynkę, która nadal - nawet, gdy temperatura na zewnątrz przekracza 15 stopni - ma zakładane rajstopy pod spodnie. Z kolei za czasów pracy w przedszkolu miałam przykaz od niejednego rodzica, by pilnować, żeby ich pociechy założyły pod kurtkę dodatkową bluzę jeszcze długo po ustaniu zimowych mrozów. Pamiętam, jak duże poczucie niesprawiedliwości miały te dzieci, gdy widziały, że ich koledzy i koleżanki wychodzą na dwór jedynie w bezrękawniku i cienkiej czapce, a one tymczasem musiały ubierać się jak na biegun północny.

Szczególnie intrygującą mnie tendencją, którą wykazuje wielu polskich rodziców, jest zakładanie dziecku przez okrągły rok czapki na głowę. Czasem mam wrażenie, że czapka jest dla nich swego rodzaju świętością - najpierw musi być, by chronić przed chłodem, a bezpośrednio po ustaniu chłodów - ma z kolei stanowić ochronę przez słońcem. I tak wiele dzieci nie ma w ciągu roku zbyt dużo okazji, by chodzić po dworze z gołą głową, gdyż zawsze znajdzie się powód, żeby założyć czapkę. Oczywiście, ochrona głowy przed zimnem i przed promieniami słonecznymi jest ważna i potrzebna, ale proszę, nie popadajmy w paranoję! Dziecku naprawdę nic się nie stanie, jeśli w ciepły, kwietniowy dzień pobiega po dworze bez czapki - ani tej od wiatru, ani tej od słońca. 

Dosyć często z ust rodziców-przegrzewaczy można usłyszeć mniej więcej takie wytłumaczenie: "Moje dziecko bardzo łatwo się przeziębia, dlatego MUSZĘ je ciepło ubierać". Otóż według wszystkich dostępnych mi i wiarygodnych źródeł takie postępowanie może jedynie temu dziecku zaszkodzić. Najprościej mówiąc - jego ciało skupi się na tym, by nie dopuścić do groźnego w skutkach przegrzania organizmu, nie zaś na tym, by bronić się przed ewentualnymi wirusami. Dziecko poci się, ubranie staje się mokre, a stąd już niedługa droga do wyziębienia i ryzyka złapania infekcji. Według specjalistów o wiele lepsze skutki przynosi działanie wręcz odwrotne, tzn. hartowanie dziecka od małego - dzięki temu zapewniamy jego układowi odpornościowemu solidny trening, który z pewnością da mu więcej korzyści niż kolejny sweterek czy rajstopki.

A więc jak robić, żeby było dobrze? ZAUFAĆ DZIECIOM! One naprawdę, dokładnie tak jak my, wyposażone są w ośrodek termoregulacji, tak jak my odczuwają ciepło i zimno i przeważnie zależy im na tym, aby mieć komfort cieplny. Jeśli mówią, że jest im gorąco, to widocznie tak jest - nie upieraj się wtedy przy czapce czy polarku. Możesz też zrobić eksperyment - ubierz się w tyle samo warstw, ile nałożyłeś/nałożyłaś dziecku (jeśli ono ma czapkę - załóż i Ty!), idź z nim na plac zabaw, po czym - zamiast usiąść na ławce czy spacerować wolnym krokiem - rób dokładnie to samo, co robi Twój maluch. Biegaj, wspinaj się, kucaj, wstawaj, a wszystko to z prędkością kilkulatka . Zmiana perspektywy gwarantowana;)  


     




1 komentarz:

  1. Na przykład mój synek, nie chce wyjść wcale na dwór jeśli nie ma czapki. Nawet gdy mu tłumaczę, że jest ciepło i jest mu niepotrzebna, to jest awantura, więc zakładam mu ją. Synek ma 20 miesięcy ;)

    OdpowiedzUsuń