niedziela, 24 kwietnia 2016

"Mój starszy brat Darek", czyli garść refleksji o edukacji niepełnosprawnych

Chciałabym dziś podzielić się z Wami pewnym poruszającym listem, którego autorem jest młodszy brat chłopaka z autyzmem i niepełnosprawnością intelektualną na granicy stopnia umiarkowanego i znacznego. Tekst ten doskonale obnaża niedostatki w dziedzinie edukacji osób o specjalnych potrzebach i w bardzo wymowny sposób uświadamia, jak ważną sprawą jest to, by nasze - pedagogów - działania rzeczywiście korespondowały z realnymi potrzebami tych ludzi. Wszak nie bez powodu w dyskusji o kształceniu osób upośledzonych umysłowo regularnie padają słowa takie jak autonomia, samodzielność, zaradność życiowa i niezależność. Niestety zbyt często teoria pozostaje tylko teorią, a praktyka żyje sobie własnym życiem...Ale dość już wstępu. Oto i wspomniany list:

"Mój Starszy Brat Darek

Darek ma 18 lat, upośledzenie umysłowe (30-40 IQ)
Chodzi do szkoły od 12 lat.
Nigdy nie uczęszczał do innej szkoły niż szkoła podstawowa.
Od kilku lat pracuje z nauczycielem 1:1
Nauczył się bardzo wielu rzeczy!
Darek może wykonać dużo więcej zadań, których nie mógł zrobić wcześniej!

Siedząc, umie zapiąć 100 klamerek na specjalnej tablicy w czasie krótszym niż jedna minuta z 95% procentową dokładnością.
Ale nie umie wrzucić monet do parkometru.

Potrafi wykonać prawie wszystkie polecenia, które nauczyciel mu wydaje: „dotknij nos, ramię, nogę, włosy, ucho”. Ciągle pracuje nad nadgarstkiem, kostką i biodrem.
Ale nie umie wydmuchać nosa, kiedy jest taka potrzeba.

Potrafi ułożyć 12–częściowe duże puzzle o ptakach ze 100% dokładnością i pokolorować wielkanocnego zajączka nie wyjeżdżając za linie!
Ale Darek woli słuchać muzyki, nie był jednak nigdy uczony jak włączyć radio i odtwarzacz.

Potrafi złożyć kartkę papieru na pół a nawet na ćwiartki.
Ale nie potrafi złożyć swoich rzeczy!

Potrafi poukładać klocki wg kolorów – potrafi to zrobić z 10 różnymi kolorami!
Ale nie potrafi posegregować rzeczy do prania: białych i kolorowych.

Potrafi toczyć plastelinę i zrobić wspaniałego węża!
Ale nie potrafi wałkować ciasta na chleb ani pokroić naszych herbatników.

Potrafi nawlekać koraliki wg wzoru i kolorów.
Ale nie potrafi zawiązać butów.

Potrafi zaśpiewać „Abecadło z pieca spadło” i nazwać litery alfabetu z 80% dokładnością, kiedy pokazuję mu je na kartach.
Ale nie umie rozróżnić ubikacji męskiej od damskiej kiedy jesteśmy w McDonalds.

Kiedy mu mówię, że pada deszcz i jest bardzo pochmurno potrafi wybrać ciemny pisak i zakreślić odpowiednie pole na naszej tablicy pt. „Dni Tygodnia i Pogoda” (no, z niewielka pomocą:))
Ale ciągle wychodzi na deszcz bez kurtki przeciwdeszczowej.

Potrafi zidentyfikować przez wskazywanie 100 różnych kart z różnych kategorii ze 100% dokładnością!
Ale nie potrafi wejść bez pomocy po schodach podczas meczu koszykówki.

Potrafi z pamięci przeliczyć do 100!
Ale nie wie ile zapłacić w McDonaldzie kiedy trzyma w ręce kupon: „Każda kanapka za 2,95”.

Potrafi położyć klocek na pudełku, pod pudełkiem, obok pudełka a nawet za pudełkiem!
Ale nie potrafi znaleźć kosza na śmieci w McDonald's i opróżnić tacy.

Potrafi siedzieć w kółku zachowując się prawidłowo i bawić się w „Chodzi lisek w koło drogi”
Ale nikt z sąsiadów w jego wieku nie chce się z nim w to bawić..."


Powyższy tekst wywarł na mnie naprawdę duże wrażenie. Od razu zobaczyłam oczyma wyobraźni rzeczonego Darka, który - całkiem nieźle radząc sobie na zajęciach w szkole i robiąc postępy - nadal zupełnie nie radzi sobie w realnym życiu. Niestety, nacisk na rozwój poznawczy nie dotyczy tylko dzieci pełnosprawnych (bo że ich dotyczy, nie muszę chyba nikogo przekonywać; nieraz miałam okazję widzieć rodziców rozbierających dzieci w szatni, "bo zaraz zacznie się angielski!" - pal licho samodzielność, grunt, żeby opanowało języki obce...). To samo można zaobserwować w edukacji osób niepełnosprawnych. Uczymy je - w zależności od poziomu rozwoju - kolorów, kształtów, liter, cyfr, a gdzieś umyka nam to, że często nie potrafią odwiesić porządnie kurtki na wieszak czy bez żadnej pomocy założyć skarpetek.

Przyznaję - sama nieraz w pracy łapię się na tym, że nadmiernie pomagam dziecku na przykład w umyciu rąk, bo przecież przedłużanie wizyty w toalecie sprawia, że "tracimy zajęcia". Niestety, to bardzo częste myślenie. W wielu placówkach - mimo rzekomego nastawienia na wspieranie u dzieci samodzielności i niezależności - priorytetem w rzeczywistości są inne sprawy. Rysowanie kółka, wskazywanie obrazków, rozróżnianie kolorów - na to poświęca się gros czasu w trakcie zajęć edukacyjnych. Tymczasem edukacja edukacją, a życie - życiem... Bo co z tego, że dziecko nauczy się rysować wszystkie figury geometryczne, jeśli nadal nie będzie potrafiło zrobić sobie kanapki?

Często wydaje nam się, że to, nad czym pracujemy z dzieckiem w szkole, jest jak najbardziej uzasadnione, gdyż będzie miało bezpośrednie przełożenie na jego lepsze funkcjonowanie w życiu codziennym. Mozolnie uczymy je wykonywania wielu różnych ćwiczeń, wierząc, że dzięki temu pomagamy. Że usprawniając koordynację wzrokowo-ruchową poprzez nawlekanie korali, zwiększymy jego szanse na efektywne wykonywanie innych czynności dnia codziennego wymagających owej koordynacji. Tymczasem, jak pokazuje doświadczenie, nie jest to wcale takie oczywiste. 

Weźmy na przykład autyzm, którego cechą charakterystyczną są trudności z naśladowaniem. A skoro są z tym trudności, to co robimy? Uczymy naśladowania, aranżując sztuczne sytuacje. "Zrób to, co ja" - mówimy, klaszcząc w dłonie lub unosząc je do góry. Dzieci prędzej czy później rzeczywiście załapują, o co chodzi, uczą się nawet powtarzania całej sekwencji ruchów, tylko... co z tego? Czy tego typu ćwiczenia sprawią, że nagle, w magiczny sposób, dziecko zacznie wykorzystywać naśladowanie do uczenia się nowych rzeczy w naturalnych sytuacjach tak, jak zwykły to robić neurotypowe dzieci? A skąd! Jest to jeden z wielu powodów, dla których jestem zagorzałą przeciwniczką metody behawioralnej, w której tego typu ćwiczenia są standardem. Ale o tym innym razem.

Mam wrażenie, że w edukacji tej grupy osób (szczególnie mam teraz na myśli ludzi takich jak Darek, czyli już nie 7,8-latki, a osoby dorosłe lub prawie-dorosłe) większość z nas - osób pracujących z nimi - robi koszmarny, kardynalny błąd. Co prawda ustanawiamy sobie za cel poszerzanie ich autonomii i zaradności, ale tylko w teorii, na papierze. W codziennej pracy zaś, zamiast naprawdę pomóc im "ogarnąć rzeczywistość" - uczyć ich samoobsługi, przygotowywania posiłków, robienia zakupów, sprzątania, obsługiwania różnych sprzętów codziennego użytku i tak dalej - my przez wiele, wiele lat rysujemy z nimi szlaczki i sortujemy klocki. Oczywiście nie jest tak, że kształtowanie samodzielności w ogóle nie jest w naszej pracy obecne - po prostu nie stanowi bezwzględnego priorytetu. I na tym właśnie polega błąd.

W przytoczonym wcześniej liście szczególnie poruszyło mnie jego zakończenie:

"Potrafi siedzieć w kółku zachowując się prawidłowo i bawić się w „Chodzi lisek w koło drogi”
Ale nikt z sąsiadów w jego wieku nie chce się z nim w to bawić..."


Nie wiem, kto jest nauczycielem Darka, nie wiem, do jakiej szkoły uczęszcza, ale niech mi ktoś wyjaśni, na czym polega zasadność uczenia 18-latków zabawy w liska chodzącego koło drogi?! Okej, może i taki młody człowiek będący na poziomie umysłowym kilkulatka nie będzie w stanie zainteresować się astronomią czy szachami, może nigdy nie zaciekawią go filmy akcji albo science-fiction, ale czy to oznacza, że do końca życia ma bawić się w kółko graniaste i oglądać teletubisie? Zawsze niezmiernie denerwowało mnie to nagminne infantylizowanie osób niepełnosprawnych intelektualnie. A dotyczy ono często wielu, naprawdę wielu obszarów ich życia, począwszy od ubioru, a na proponowanych im aktywnościach rozrywkowych skończywszy. Irytuję się, ilekroć widzę gdzieś spore już dziecko z wyraźnymi oznakami upośledzenia umysłowego w dziecinnym dresie lub pstrokatej czapce wiązanej pod szyją. Zawsze zastanawiam się, czemu ma służyć to "przebieranie" dziecka starszego za dziecko młodsze. Być może stoją za tym jakieś mechanizmy psychologiczne działające w głowach rodziców - nie wiem. Wiem natomiast, że te dzieci są już wystarczająco stygmatyzowane i bez tego.

W dyskusji o systemie edukacji w naszym kraju często pojawiają się głosy, że wymaga on gruntownych zmian. Mówi się o tym, że szkoły nie nadążają za zmieniającą się rzeczywistością, że uczą bezużytecznej wiedzy, że pomijają kwestie bardziej kluczowe dla przygotowania do życia we współczesnym świecie. To samo według mnie odnieść można do edukacji osób niepełnosprawnych intelektualnie. Nie bez powodu szkoły dla tej grupy dzieci nazywane są "szkołami życia". Tego właśnie należy w nich uczyć - życia, życia i jeszcze raz życia. Miejmy zawsze z tyłu głowy, by to, nad czym pracujemy z dzieckiem, miało dla niego realne znaczenie i rzeczywiście przydało mu się w radzeniu sobie w świecie. Nie poprzestawajmy na koralikach i literkach. 

 
 

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz