wtorek, 8 marca 2016

Zielone słońce i siedmionogi kot, czyli parę słów o niestandardowym myśleniu


Jakiś czas temu rozmawiałam z dyrektorką przedszkola, w którym pracowałam. Opowiedziała mi historyjkę o pewnej mamie i jej parce bliźniaków, inspirując mnie tym samym do napisania niniejszego tekstu – a mowa będzie o kreatywności.

Otóż wychodząc z dziećmi z przedszkola, mama zatrzymała się przy wystawce prac umieszczonej na korytarzu. Zdawać by się mogło, że przystanęła, by – jak każdy rodzic -  pozachwycać się talentem swoich pociech. Dzieła grupy maluchów przedstawiały misie wybierające się na deszczowy spacer – zadaniem dzieci było „ubranie” misia w kalosze, płaszczyk i czapkę. Oczywiście trzylatki jak to trzylatki – każde miało swój autorski pomysł na to, jak  dokleić misiowi kalosze. Dzieci rzeczonej mamy przykleiły je tak, że czubkami skierowane były do środka. Niestety nie uzyskało to aprobaty rodzicielki, która z miejsca  zaczęła krytykować maluchy i tłumaczyć im z irytacją, jak należało PRAWIDŁOWO wykonać tę pracę.

Ta sama mama – jak wynika z relacji mojej pani dyrektor, której gabinet znajduje się akurat tuż przy szatni – narzeka za każdym razem, gdy na półeczkach jej dzieci w szatni znajdą się ich najświeższe rysunki czy kolorowanki. Niezmiennie irytuje ją, że „znów musi brać te bazgroły”. Chciałabym tylko zaznaczyć, że znam tę panią jeszcze z czasów, gdy pracowałam w tej placówce, i nie jest to typ jakiejś szczególnie opryskliwej, wiecznie niezadowolonej z życia  kobiety. Po prostu z jakiegoś powodu trudno jej zaakceptować fakt, że jej 3-letnie dzieci rysują, malują, kolorują i wyklejają… jak 3-letnie dzieci. „Po swojemu”.

Niestety podejście prezentowane przez tę panią nie należy do rzadkości. Nawet wśród znajomych nauczycielek - bądź co bądź pedagogów - niejednokrotnie obserwowałam tendencję do wtłaczania dzieci w schematy, szczególnie podczas zajęć plastycznych (a może po prostu przy okazji tych zajęć szczególnie mnie to raziło, bo plastyka z założenia powinna dawać pole do twórczej, swobodnej ekspresji). Tymczasem jeśli chcemy, by wyrosły na kreatywnych, myślących nieszablonowo dorosłych, to nie możemy tłamsić ich aktywności twórczej w dzieciństwie i na każdym kroku narzucać im własnych, jedynie słusznych wizji.

Miałam kiedyś w grupie pewnego chłopca, który na każdą pracę plastyczną czy techniczną miał swój własny, zwykle dość ekscentryczny pomysł. Efekt końcowy jego dzieł nieraz trudno było zidentyfikować na pierwszy rzut oka; i tak zawsze na naszych przedszkolnych wystawkach wśród wielu mniej lub bardziej podobnych do siebie prac była ta jedna z zupełnie innej bajki. Mama chłopczyka nie musiała nawet patrzeć na podpisy - zawsze wiedziała, która praca została wykonana przez jej dziecię:) Według opinii niektórych dorosłych ten kilkulatek, produkując swe wytwory tak mocno odróżniające się na tle innych, po prostu "się wygłupiał". Ja jestem odmiennego zdania. To, że malec w czasie plastyki puszczał wodze fantazji i do każdej pracy dopowiadał sobie jakąś niestworzoną historię, było dla mnie bardzo fajnym przejawem kreatywnego myślenia. A to, że jego dzieła były - najogólniej mówiąc - dość nieoczywistym potraktowaniem zadanego tematu? I co w tym złego? Czy plastelinowy kotek zawsze musi mieć cztery łapy, a słońce zawsze musi być żółte? Czy świat się zawali, jeśli pozwolimy dzieciom na mniejsze czy większe niewierności w odzwierciedlaniu go w swoich dziełach?

Tyle się teraz mówi w świecie dorosłych o kreatywności, o niestandardowym myśleniu, o innowacyjności i przekraczaniu utartych sposobów myślenia. Organizowane są specjalne warsztaty i treningi, wydawnictwa wypuszczają na rynek kolejne książki, które mają nam pomóc w rozbudzaniu u siebie twórczego myślenia. A gdyby tak - zamiast "na starość" rozbudzać kreatywność - po prostu nie zabijać jej u dzieci? Pozwólmy sobie na więcej luzu. Zaakceptujmy te siedmionogie kotki i czarno-białe abstrakcje (tak, wciskanie dziecku na siłę kolorowych kredek, gdy ono chce akurat tworzyć jedynie za pomocą tej czarnej, też jest jakimś ograniczaniem swobodnej ekspresji). Doceńmy w nietypowych pracach plastycznych wyraz tak pożądanego w dorosłości niestandardowego myślenia. W końcu "Nie to piękne, co piękne, ale to, co się komu podoba".

 

1 komentarz:

  1. Zgadzam się. Mnie też bardzo raziło, jak kiedyś podczas praktyk w przedszkolu pani nauczycielka zabraniała dzieciom kolorować kota na żółto, a ponadto nie zgadzała się (u 5-latków) na rysowanie na czystej kartce ulubionej postaci z bajki - zamiast tego rozdała dzieciom na koniec zajęć kolorowanki z szablonami tych postaci.

    OdpowiedzUsuń