piątek, 4 marca 2016

"Kim jesteś? Jesteś zwycięzcą!", czyli o budowaniu u dziecka wiary w siebie



Od kiedy obcuję na co dzień z niepełnosprawnymi dziećmi, uświadamiam sobie ciągle bardziej i bardziej, jak ważną sprawą jest to, by wierzyć w dziecko. By nigdy nie zakładać, że jest głupie, że nie umie, że nie rozumie. Mówię o tym jednak nie tylko w odniesieniu do dzieci o zaburzonym rozwoju – równie ważne jest to w przypadku zdrowych dzieci. Zresztą chyba każdemu z nas - małemu czy dużemu - w sytuacji, gdy stoimy przed jakimś wyzwaniem, prawdziwej otuchy dodają czyjeś słowa "uda ci się!" albo "wierzę w ciebie!". Spójrzcie tylko, jaką popularność zdobywają w ostatnim czasie tzw. "mówcy motywacyjni" - czemu by się tym nie zainspirować i nie stać się takim mówcą dla własnego dziecka?


Nasi uczniowie są z pozoru osobami głęboko upośledzonymi – nie mówią lub mówią niewiele, namiętnie oddają się swoim ulubionym czynnościom autostymulacyjnym, rzadko nawiązują ze sobą interakcje, wydają nieartykułowane dźwięki, raz są skrajnie pobudzeni, a raz totalnie apatyczni. Gdybyście zagościli któregoś dnia w naszej szkole o poranku, jeszcze przed rozpoczęciem zajęć, ujrzelibyście dość nietypową gromadkę dzieci: jedno skacze na piłce z nieobecnym wyrazem twarzy, drugie drapie z zapamiętaniem kolorową okładkę książki, trzecie uderza rytmicznie w swój kapeć… Od czasu do czasu ktoś krzyknie niespodziewanie, ktoś inny w odpowiedzi zatka uszy… Zapewne wnioski z takiej obserwacji byłyby jednoznaczne – dzieci bez kontaktu, dzieci, które niewiele lub wręcz nic nie rozumieją. 


A jednak pozory mylą. Niemówiąca dziewczynka, która uwielbia wszystko drapać, potrafi świetnie komunikować się poprzez pisanie na tablecie. Rozumie praktycznie wszystko, co dzieje się wokół niej, jest żywo zainteresowana sprawami innych ludzi i nieraz już zaskoczyła nas poziomem swojej wiedzy (choćby znajomością warzyw takich jak patison i kabaczek, mimo skrajnie ubogich doświadczeń kulinarnych). Podobnie jest z innymi uczniami, którzy - dzięki zaproponowaniu im takiego sposobu komunikacji, który jest dla nich osiągalny - mogą wreszcie wyrazić siebie, pokazać, kim są, co potrafią, o czym myślą, czego pragną. Gdyby bliscy im dorośli nie wierzyli w nie i gdyby z góry założyli, że nie są w stanie nauczyć się pisania czy czytania, te dzieci nadal mogłyby być traktowane jak głęboko upośledzone, pozostawione bez możliwości pokazania innym, co (a raczej kto) kryje się pod przykrywką ich nietypowych zachowań. Gdy pomyślę, że miałyby spędzić całe życie, nie mając szansy na ujawnienie innym swoich możliwości… Aż dreszcz przechodzi. 

A ile jest osób z tym czy z innym zaburzeniem, które – często właśnie z powodu niewiary innych – żyją jak w zamknięciu przez wiele, wiele lat… Znacie film „Motyl i skafander”? To opowieść o życiu człowieka po udarze mózgu, który cierpiał na zespół zamknięcia – stan, w którym jest się całkowicie sparaliżowanym, a jednocześnie ma się w pełni zachowaną zdolność myślenia. Prawdziwy dramat – być całkowicie świadomym wszystkiego, co dzieje się wokół, rozumieć wszystko, a jednocześnie nie móc pokazać tego innym… Przy okazji, skoro już mowa o filmach o takiej tematyce – bardzo polecam polski film „Chce się żyć”. Chłopak z porażeniem mózgowym, traktowany przez wielu jak roślina, po 26 latach życia wreszcie dostaje możliwość porozumiewania się z innymi i udowodnienia, że do stanu wegetacji mu daleko. Wzruszająca historia i zarazem piękna ilustracja dla tego, o czym dziś piszę.

Wiara w dziecko, które rozwija się prawidłowo - choć wydaje się czymś łatwiejszym niż wiara w dziecko, które zachowuje się dziwacznie i zdaje się niewiele rozumieć - często również nastręcza nam problemów. Pomyśl uczciwie - ile razy na placu zabaw chodziłeś krok w krok za dzieckiem w obawie, że z czegoś spadnie, uderzy się lub nie poradzi sobie w sytuacji konfliktu w piaskownicy? Ile razy chowałeś słodycze, okazując tym samym, że nie ufasz swojemu dziecku? Ile razy rezygnowałeś z jakiejś wakacyjnej atrakcji, z góry zakładając, że jest dla dziecka zbyt trudna czy że spowoduje zbyt duży strach? Pewnie, trzeba zachować zdrowy rozsądek, ale to, co często obserwuję u rodziców, to właśnie taka postawa super-asekuracyjna, odgórne zakładanie, że - najogólniej mówiąc - dziecko nie da rady. Tymczasem jeśli chcemy zbudować w nim silną wiarę w siebie, musimy wpierw okazać mu, że MY w nie wierzymy. Że poradzi sobie na drabinkach. Że przezwycięży pokusę i nie sięgnie bez pozwolenia po słodycze. Że oswoi swój lęk i wejdzie na "tą straszną karuzelę".

W ostatnie wakacje miałam okazję do zaobserwowania tego, jak dobrze na dziecko wpływa stawianie mu wyzwań z jednoczesnym okazywaniem wiary, że sobie z nimi poradzi. Zabrałam 10-letnią córkę kuzynki do parku linowego. Wybrałyśmy trasę o średnim poziomie trudności, M. przeszła krótkie szkolenie dotyczące asekuracji, założyła kask i w drogę. Trasa, choć nazwana była średnią, okazała się dość trudna (każdy, kto był w parku linowym, wie, że już sama wysokość robi swoje). Obserwując M. z dołu, widziałam, że miała momenty zawahania i sporego strachu przed poszczególnymi przeszkodami, ale dzielnie stawiała temu czoła i przeszła całą trasę. Zeszła na dół ogromnie zmęczona, ale cała promieniała - choć nie mówiła o tym wprost, widziałam, że jest z siebie bardzo dumna. Ja byłam dumna tak samo:) I bardzo, bardzo cieszyłam się, że dołożyłam swoją cegiełkę do budowania w M. wiary w swoje możliwości.

Jest mnóstwo rzeczy, które możemy i powinniśmy wpoić naszym dzieciom, by wyrosły na mądrych i szczęśliwych dorosłych - jestem przekonana, że jedną z najważniejszych jest właśnie wiara w siebie. Ja miałam to szczęście, że w dzieciństwie zostało we mnie zakorzenione to przekonanie, że sobie poradzę. Teraz widzę, jak  pomaga mi to w wielu aspektach dorosłego życia. Dlatego bardzo, bardzo zachęcam wszystkich, którzy mają pod opieką swoje czy też nieswoje dzieci - dołóżcie wszelkich starań, by tym małym ludziom w ich całym życiu również towarzyszyło to piękne, dodające skrzydeł przesłanie "DASZ RADĘ!".

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz