wtorek, 29 marca 2016

Autycy kontra terapeuci - i kto tu jest bardziej schematyczny?

Witam poświątecznie! Dzisiejszy post zaczęłam pisać jeszcze przed świętami, kiedy to leżałam przez parę dni w łóżku i toczyłam zażarty bój z infekcją, ale dopiero dziś zabrałam się za skończenie go. Podczas choroby - zapewne jak wielu innych walczących z wirusami - z braku sił na cokolwiek innego przemierzałam sobie internet wzdłuż i wszerz, na przykład w ilościach hurtowych przeglądałam na youtube filmiki o terapii w autyzmie. I wiecie, co najbardziej rzuciło mi się w oczy w tych wszystkich nagraniach? Potwornie, nieprzyzwoicie wręcz schematyczne podejście do osób z tym zaburzeniem. Aż pokusiłam się o napisanie paru słów na ten temat.

No bo skoro autyzm - to koniecznie muszą być obrazkowe plany dnia i plany aktywności. Nieodzowny jest także jak najprostszy język, wydawanie zwięzłych i jasnych poleceń i kompletne wyzbycie się wszelkich dwuznaczności czy metafor. Obligatoryjnie trzeba zastosować również stały, w stu procentach przewidywalny schemat zajęć. Acha, i nie zapominajmy o strukturalizacji przestrzeni - wszak skoro mowa o autyzmie, to jest to kwestia absolutnie bezdyskusyjna. Tylko czy aby na pewno tędy droga?

Gdy tak oglądałam nagrania z zajęć, z których większość zaczyna się ułożeniem obrazkowego planu aktywności, przypomniała mi się natychmiast książka "Dlaczego podskakuję" Naokiego Higashidy. Jej 13-letni autor - chłopak z autyzmem - opisywał w niej między innymi, jak takie obrazkowe plany dnia czy plany samych zajęć paradoksalnie utrudniały mu funkcjonowanie. Naoki wyjaśnia to tak, że patrząc na ów plan, tym bardziej miał go potem niejako "wyryty" w głowie, a to z kolei wzmagało w nim obsesyjne myślenie o konieczności zrealizowania go bez najmniejszych odstępstw. Podobno łatwiej było mu zachować wewnętrzną równowagę i większy dystans do ewentualnych zmian w codziennej rutynie, gdy nie układał wcześniej żadnych obrazkowych planów dotyczących przebiegu dnia. Cóż, myślę, że Naoki nie jest w tym osamotniony i że jest więcej dzieci z autyzmem, którym takie plany przynoszą więcej szkody niż pożytku (lub zwyczajnie są zupełnie niepotrzebnym im rytuałem) i tylko dodatkowo wzmacniają autystyczną nieelastyczność. A jednak wciąż jest wielu terapeutów, którzy z uporem maniaka wdrażają je w swojej pracy bez podjęcia głębszej refleksji, czy akurat TEMU KONKRETNEMU dziecku są one rzeczywiście do czegoś potrzebne. Szkoda.

Podobnie rzecz ma się z pozostałymi zaleceniami, które trafiają do nas niejako z automatu, w "pakiecie" z dzieckiem z autyzmem. Choćby ten postulat o jak najbardziej uproszczonym języku i maksymalnie zwięzłych poleceniach. Z jednej strony - ok, rzeczywiście zaburzenie, jakim jest autyzm, pociąga za sobą trudności komunikacyjne i kłopoty nie tylko z mową czynną, ale i samym rozumieniem mowy, ale z drugiej - zawsze, gdy słyszę takie suche, sztucznie brzmiące komunikaty kierowane do tych dzieci, to mam poczucie, że coś tu nie gra. Że często to nadmierne preparowanie każdej wypowiedzi "pod dziecko z autyzmem" wprowadza dziwną sztuczność i jeszcze bardziej je stygmatyzuje jako to, które nie jest w stanie zrozumieć normalnej mowy. Warto poszukać w tej kwestii złotego środka - nie przesadzać ze złożonością i kwiecistością wypowiedzi, ale i nie popadać w drugą skrajność polegającą na nadmiernie hasłowym komunikowaniu się z dzieckiem. Osobiście stawiam na język przemyślany, acz możliwie jak najbardziej naturalny:)

Przy okazji przemyśleń na ten temat przypomniało mi się, jak na początku września przeglądałam orzeczenia o potrzebie kształcenia specjalnego naszych uczniów. Pamiętam swoje zdziwienie, gdy w niemal każdym orzeczeniu znajdowałam dokładnie te same zalecenia do pracy z dzieckiem, mimo że ich poziom funkcjonowania jest naprawdę zróżnicowany. Niestety, realia orzecznictwa są, jakie są - komisja orzekająca tak naprawdę nie zna dziecka, o którym pisze, więc wrzuca w orzeczenie na zasadzie kopiuj-wklej wszystko, co mają w bazie pod kategorią "autyzm" (tak w każdym razie wynikałoby z mojej obserwacji). Być może po części stąd bierze się potem tendencja do tego nużąco schematycznego traktowania dzieci z autyzmem? Wszak placówki edukacyjne są zobowiązane do realizowania wytycznych, które dziecko ma w orzeczeniu... Mimo wszystko jednak apeluję o większą elastyczność i rozwagę w podchodzeniu do tych zaleceń - koniec końców chodzi przecież o dobro konkretnego dziecka, a nie o odhaczanie zrealizowanych postulatów.

Być może trochę się powtarzam, ale zależy mi na tym, by wybrzmiało to dostatecznie mocno - ludzie z autyzmem są R-Ó-Ż-N-I! Naprawdę nie każdemu służy ściśle taki sam sposób postępowania względem nich! To prawda, część osób z autyzmem pewnie dobrze czuje się, z góry znając schemat, według którego przebiegają dane zajęcia, pewnie jest też wśród autyków grupa, która w komunikacji preferuje język uproszczony do granic możliwości, ale naprawdę nie dotyczy to automatycznie ich wszystkich! Wdrażanie identycznej procedury postępowania wobec każdego dziecka tylko dlatego, że akurat każde ma diagnozę autyzmu, jest w moim odczuciu bardzo przedmiotowym traktowaniem tychże dzieci. To tak, jakby ktoś etykietował nas ze względu na wygląd, cechy charakteru czy określone przezwyczajenia i głosił, że na przykład "wszystkie osoby z kręconymi włosami powinny być traktowane tak-a-tak". Nie pozwólmy, by utarte sposoby postępowania zabijały w nas twórcze podejście i refleksyjność. Niech zawsze na pierwszym miejscu będzie konkretne dziecko, któremu mamy pomóc, a nie diagnostyczna etykietka.   

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz