sobota, 9 stycznia 2016

Mali terroryści

Jak wiadomo, małe dzieci potrafią być trudne. Czasem nawet nieziemsko trudne. Bunt dwulatka, testowanie dorosłego, sprawdzanie granic, napady złości czy dziecięce histerie - jakkolwiek by to nazwać - potrafią kompletnie wyczerpać rodzica, który nieraz zaczyna tęsknić do czasów, gdy jego dziecko było słodkim niemowlęciem (nawet, jeśli regularnie miewało kolki, nie dawało się wyspać i oczekiwało nieustannego noszenia na rękach). Zapewne marnym pocieszeniem jest dla nich fakt, że to normalny okres w życiu dziecka, że prędzej czy później minie i że wszystkie te problemy to znak, że rozwój psychiczny malucha przebiega prawidłowo.Ale co robić, gdy póki co nie mija i nic nie wskazuje na to, żeby miał się lada dzień skończyć? Jak przetrwać, gdy mały furiat czy furiatka wiele razy w ciągu dnia wystawia naszą cierpliwość na próbę?



Jak już kiedyś pisałam, nie chcę serwować gotowych recept, bo każde dziecko (i każdy rodzic) jest inne i nadmierne poleganie na wystandaryzowanych metodach wychowawczych jest na dłuższą metę bardzo szkodliwe - i dla małych, i dla dużych. Nie będę więc siliła się na stworzenie "uniwersalnej procedury postępowania w przypadku wystąpienia ataku złości u dziecka". Zamiast tego podzielę się swoimi doświadczeniami i przemyśleniami na ten temat. Ale najpierw, dla zilustrowania tego, o czym piszę - kilka przykładowych sytuacji zaobserwowanych w ostatnim czasie, oczywiście z małymi terrorystami w rolach głównych. 


Sytuacja nr 1. Miejsce - supermarket. Bohaterowie – dwu-, może trzyletni Sebastian i jego tata. Akcja – chłopczyk tuż po wejściu do sklepu puszcza się pędem przed siebie, zostawiając tatę z tyłu. Zatrzymuje się jakieś kilkanaście metrów dalej. Tata woła, by Seba natychmiast wrócił i szedł z nim za rękę, bo w przeciwnym razie będzie podróżował po sklepie w wózku. Seba ani drgnie, patrzy tylko z daleka na tatę. Tata powtarza kilka razy polecenie i przypomina o konsekwencjach, dodając, że jeśli chłopczyk zaraz nie wróci, to on sam po niego pójdzie i od razu włoży go do wózka. Sytuacja się przeciąga, zdążyłam już wybrać i zważyć wszystkie warzywa, gdy w końcu tata postanawia zrealizować zapowiadaną od dłuższego czasu konsekwencję i podchodzi do Seby, który zaczyna rzewnie płakać i krzyczeć, że nie chce do wózka. I co na to tata? Wziął go na ręce, wyprzytulał, powygłupiał się z nim i jak gdyby nigdy nic kontynuowali zakupy. Oczywiście Seba w żadnym wózku nie wylądował.


Sytuacja nr 2, znów supermarket. Dziewczynka z mamą stoją przy kasie, mała sięga po jajko niespodziankę i bez konsultacji z rodzicielką wrzuca je do koszyka. Mama wyjmuje słodycz, odkłada na miejsce i tłumaczy, że dziś nie będą go kupować, bo dziewczynka ma jeszcze niezjedzone jajko od babci i dostanie je w domu. Mała jest nieugięta - głośno wyraża swój protest, po czym ponownie wrzuca do koszyka jajko. Sytuacja powtarza się kilka razy z drobnymi modyfikacjami, przy czym mama za każdym razem uparcie twierdzi, że jajka z pewnością nie kupi. Kupiła, a jakże.


Sytuacja nr 3, tym razem kościół. Dziewczynka za nic w świecie nie chce spędzać mszy, uwięziona w wózku. Rodzice, początkowo próbujący zainteresować ją książeczką, zabawką i chrupkami, w końcu kapitulują i wyciągają córeczkę. Mała po krótkim spacerku postanawia dostarczyć sobie rozrywki, przesuwając wózek w przód i w tył i przy okazji rytmicznie uderzając stojące nieopodal osoby w nogi. Rodzice po dostrzeżeniu problemu próbują ją od tego odwieść, blokują koła wózka, tłumaczą, dlaczego nie zgadzają się na tę zabawę, na co dziewczynka reaguje początkowo krótkimi, ostrymi okrzykami niezadowolenia, a następnie potężną histerią. Nie pomogły ani tłumaczenia, ani smoczek, ani nawet chrupki. Koniec końców, cofają zakaz zabawy wózkiem, kontrolując jedynie, by nie skończyło się to siniakami ludzi stojących wokół.


Jak nietrudno zauważyć, wspólnym mianownikiem tych wszystkich sytuacji jest brak konsekwencji. Niewywiązywanie się ze swoich deklaracji. Ustępowanie dziecku "dla świętego spokoju". Niestety, to pułapka, bo święty spokój może i chwilowo zapanuje, ale dziecko przy okazji nauczy się, że wystarczy zrobić tak-i-tak, by rodzic zachował się zgodnie z dziecięcymi oczekiwaniami. Wiem, że to wszystko łatwo się mówi i że bycie konsekwentnym w relacji z kapryśnym maluchem może być naprawdę sporym wyzwaniem. Wiem, że spędzanie dużej ilości czasu ze zbuntowanym dwulatkiem może wyczerpać tak, że niegdyś stawiane sobie ambitne cele coraz bardziej się zacierają i zamiast gruntownie przemyślanego wychowywania małego człowieka mamy w głowie tylko to, aby przetrwać kolejny dzień i nie zwariować. Jednak sprawa konsekwencji wydaje mi się na tyle istotna, że trzeba o to powalczyć. Dziecku naprawdę znacznie lepiej zrobi spokój, stanowczość i konsekwencja rodzica niż to, że kolejny raz w spornej sprawie dopnie swego. Ono naprawdę poradzi sobie z Twoją odmową, nawet jeśli najpierw bardzo dobitnie da Ci odczuć, jak bardzo mu się to nie podoba. A poczucie bezpieczeństwa, jakie zapewni mu taki spokojny, a zarazem stanowczy i stawiający wyraźne granice rodzic, jest według mnie absolutnie bezcenne.


Nasunęła mi się jeszcze jedna myśl - jako że wszyscy jesteśmy tylko ludźmi i mamy swoje lepsze i gorsze dni, stajemy na pewno nie raz w sytuacjach, gdy kompletnie nie mamy siły walczyć z dzieckiem i "święty spokój" to jedyne, czego chcemy. Jeśli masz właśnie taki dzień i oto między Tobą a dzieckiem pojawia się sporna kwestia (oczywiście o ile nie dotyczy bezpieczeństwa lub z innych powodów nie jest bezdyskusyjna) - odpuść od razu. Pozwól na samodzielne spacerowanie po sklepie. Kup kolejnego Kinderka. Gdy nie czujesz się na siłach i przewidujesz, że możesz się ugiąć pod naporem dziecka - nie zapowiadaj konsekwencji, co do których nie jesteś pewien, czy uda Ci się je wyegzekwować. Dzięki temu zyskasz upragniony święty spokój, a zarazem nie okażesz potomkowi zgubnej niekonsekwencji.


A na koniec, z przymrużeniem oka - cytat z filmu "Nigdy w życiu" (przywołany z pamięci, więc nie gwarantuję stuprocentowej wierności): "Jeśli wiesz, że twoje dziecko i tak coś zrobi, pozwól mu na to. To jedyny sposób, żeby zachować twarz." ;)      

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz