niedziela, 10 maja 2015

Z czego cieszą się dzisiejsze dzieci?

Przypuszczam, że każdy z Was zna co najmniej jedną osobę, która wprost uwielbia wygłaszać swoje mądrości życiowe zaczynające się od słów "Bo w dzisiejszych czasach to...". Jedna z często słyszanych przeze mnie z racji profesji "złotych myśli" to ta mówiąca o tym, jak to w dzisiejszych czasach dzieci mają wszystko, w związku z czym nie potrafią cieszyć się z niczego. Powiem krótko - bzdura, bzdura i jeszcze raz BZDURA.

Owszem, bywają takie przypadki. Osobiście zetknęłam się zaledwie z kilkoma. Na co dzień widzę natomiast dzieci, które cieszą się niemal ze wszystkiego, z każdego - za przeproszeniem - duperelka (a może raczej - jak mówił jeden z moich podopiecznych, chcąc wysłowić się kulturalnie - puperelka), toteż niesamowicie irytuje mnie generalizacja tego zjawiska nie-cieszenia się na całą dziecięcą populację. Ostatnio z tylnej kieszeni spodni wypadł mi stary bilet autobusowy. Na moje pytanie, kto chce zabrać go sobie do zabawy, usłyszałam chóralne "ja!ja!ja!", po którym nastąpiła kłótnia pt. "Ja byłam/byłem pierwsza/pierwszy" (a pragnę przypomnieć, że pracuję w przedszkolu, do którego chodzą niemal wyłącznie dzieci bardzo dobrze sytuowanych rodziców). 


Jednak nie tylko bilety autobusowe cieszą się tak dużym wzięciem u moich kilkulatków. Bardzo często, gdy podczas zajęć wykorzystuję jakieś naprędce przygotowane karteczki, na których jest coś napisane lub narysowane, praktycznie wszystkie dzieci chcą zabrać je sobie do domu, nie mówiąc już o strzępkach tektury falistej czy błyszczącego papieru pozostałych po plastyce. A jaka radość nastała w mojej grupie, gdy pewnego dnia przyszłam do przedszkola z torbą pełną rolek po papierze toaletowym i kartonowych pudełek do dowolnego wykorzystania przez dzieci! Choć oficjalnie nie było plastyki, tylko czas na zabawę dowolną, to wszyscy - co do jednego - zasiedli do stołów z wybranymi "śmieciami" i z wielkim entuzjazmem zabrali się do realizacji swoich projektów. I niech mi ktoś powie, że aby rozwijać kreatywność dzieci, trzeba im kupować tak zwane "zabawki kreatywne"...

Swoją drogą fascynuje mnie fenomen tych całych zabawek kreatywnych - nazwa sugeruje, jakoby była to jakaś odrębna grupa zabawek o specjalnych właściwościach, a tymczasem są to najzwyklejsze, klasyczne zabawki, którymi bawią się dzieci od wielu pokoleń: różnego rodzaju klocki, mozaiki, koraliki, masy plastyczne czy zestawy artystyczne. Bo kreatywnie można bawić się wszystkim - choćby patykiem znalezionym na podwórku czy kubeczkiem po jogurcie. Wcale nie potrzeba do tego specjalnych zabawek. Paradoksalnie im więcej zabawek, tym gorzej dla rozwoju kreatywności - dając dziecku same "gotowce", nie dajemy mu nawet okazji do tego, by wykazało się swoją pomysłowością, raczej zabijamy niż rozwijamy w nim tę zdolność. Przypomnijcie sobie sami, czego używaliście w dzieciństwie, bawiąc się w dom? Czy mieliście gotowe mini-kuchenki, pralki, garnki, wózeczki dla lalek i całą resztę niezbędnych rekwizytów? A gdy bawiliście się w wojnę? W Indian? W policjantów i złodziei? Mi najbardziej utkwiły w pamięci robione z siostrami laleczki, których sukienki z jakichś specjalnie wyszukiwanych przez nas liści błyszczały, gdy włożyło się je pod wodę. Nasze mamy zapewne ubolewały nad tym, że nie miałyśmy "kupnych" lalek, a my? A my, dzięki naszej dziecięcej kreatywności, świetnie radziłyśmy sobie bez nich.

A na koniec - specjalnie dla tych, którzy uważają, że współczesne dzieci nie potrafią cieszyć się z niczego - anegdotka przedszkolna sprzed jakiegoś miesiąca. Otóż gdy któregoś dnia zapowiedziałam, że z racji pięknej pogody pierwszy raz w tym roku wyjdziemy na dwór bez okryć wierzchnich, moja grupa wprost oszalała z radości. Nie mogły uwierzyć, każde z osobna kilkakrotnie dopytywało mnie, czy naprawdę może założyć tylko buty. Ekscytacja osiągnęła apogeum, gdy już rzeczywiście znaleźliśmy się w przedszkolnym ogrodzie i dzieci mogły pierwszy raz tej wiosny wyszaleć się na podwórku nie dość, że bez kurtek, to do tego w bluzkach Z KRÓTKIM RĘKAWKIEM. Dawno nie widziałam takiej euforii jak wtedy. Radość w czystej postaci. I to w wydaniu dzieci, które wedle powtarzanych do znudzenia haseł nie powinny nawet być zdolne do takiej radości, a już na pewno nie z powodu czegoś tak błahego. Całe szczęście, że sami zainteresowani o niczym nie wiedzą. I dokładnie tak samo, jak kilka pokoleń wstecz, cieszą się z każdego drobiazgu:)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz