piątek, 1 maja 2015

O "niegrzecznych dzieciach", czyli dlaczego nie jestem fanką systemów motywacyjnych

W dyskusji o dzieciach dużo mówi się na temat metod pracy nad ich zachowaniem. Dość popularnym rozwiązaniem, które parę lat temu zostało rozpropagowane jeszcze mocniej za sprawą Superniani, są systemy motywacyjne: tablice, do których - w zależności od zachowania dziecka - przyczepia się buźki wesołe bądź smutne, pojemniki, do których dzieci wrzucają uzyskane za dobre sprawowanie żetony czy diamenciki itp. Jak już zaznaczyłam na wstępie - nie jestem zwolenniczką tej metody. Jakiś czas temu, gdy prowadziłam grupę maluchów, miałam krótki incydent z tablicą motywacyjną, jednak to doświadczenie jedynie umocniło mnie w mojej niechęci do mobilizowania dzieci w ten sposób. 

Domyślam się, skąd bierze się tak duży aplauz dla tej metody - jest dość prosta w stosowaniu, nie wymaga od nas specjalnego wysiłku, a przy tym rzeczywiście jest całkiem skuteczna w modyfikacji zachowań (przynajmniej przez jakiś czas). A jednak zawsze raziła mnie jej płytkość, powierzchowność, to, że sprowadza się w niej dziecko do obiektu prezentującego mniej lub bardziej pożądane zachowania. Nade wszystko zaś nie wierzę w to, że brakiem uśmiechniętych buziek dzień po dniu zmotywujemy tzw. "trudne dziecko" do większych starań.

Jeśli chodzi o te trudniejsze przypadki, to głęboko wierzę w moc raczej całościowych niż doraźnych oddziaływań na takie dzieci - jestem przekonana, że przede wszystkim potrzebują one ogromu ciepła, miłości, cierpliwości, zauważenia ich, autentycznego zainteresowania się nimi. Często jest tak, że gdy dziecko dostanie łatkę "niegrzecznego", dorosły zaczyna je traktować w pewien specyficzny, bardzo jednostronny sposób przez cały czas. Widziałam to niejednokrotnie i wśród rodziców, i - niestety - wśród nauczycielek. Zapominamy, że dziecko - choćby najbardziej nieznośne - jest tylko dzieckiem. Że nie możemy traktować nawet najtrudniejszego kilkulatka jak do cna zepsutego człowieka, któremu już nie należy się czułość i szacunek, a którego mamy jedynie kontrolować i poświęcać całą energię na "modyfikację jego zachowania". 

Każdemu dziecku należy się miłość, bliskość, ciepło. Wierzę w to, że właśnie takie działania - oczywiście prowadzone długofalowo - potrafią przemienić małego łobuza. Może niekoniecznie od razu w aniołka, bo niektóre dzieci po prostu MUSZĄ czasami pokazać pazurki, ale na pewno w malucha, z którym będzie nam się lepiej współpracowało. Nieraz już widziałam dzieci przezwyczajone do szorstkiego obchodzenia się z nimi, "zdziwione" tym, że oto nagle ktoś traktuje je czule i z sympatią. Często wtedy pomału wychodzą ze swej roli "niegrzecznego dziecka" i starają się zachowywać najlepiej, jak potrafią. Może brzmi idealistycznie, ale uwierzcie mi, naprawdę nie wzięłam tego z księżyca. Zresztą nawet w psychologii mówi się o tzw. "samospełniającej się przepowiedni" - myślę, że przykład z dzieckiem, od którego niejako "oczekuje się" niepożądanych zachowań, jest dobrą ilustracją tego zjawiska.

Zapewne nie odkryję Ameryki, jeśli powiem, że dzieci zarażają się emocjami od dorosłych - dlatego też może warto więcej czasu i energii poświęcić pracy nad SOBĄ i nad doskonaleniem swojej umiejętności przeżywania i wyrażania emocji. Pokrzykujący i wiecznie niezadowolony rodzic (tudzież nauczyciel) będzie miał krzykliwe i marudzące dzieci, które z kolei będą jeszcze bardziej pogłębiać frustrację dorosłego. I tak koło się zamyka. Na szczęście tak samo, jak można dzieci zarażać swoją nerwowością, tak samo można je zarażać swoim spokojem i opanowaniem. Oczywiście łatwiej mają ci z nas, którzy są spokojni z natury (dzięki Ci, Naturo!), ale i dla tych bardziej impulsywnych jest nadzieja - będą musieli jedynie więcej się natrudzić, żeby osiągnąć wewnętrzny spokój, tak potrzebny im i ich dzieciom. 

I jeszcze tylko jedna mała uwaga - moje wynurzenia na temat czułego traktowania tzw. "niegrzecznych dzieci" nie oznaczają, że jestem zwolenniczką przyklaskiwania wszystkiemu, co zrobi dziecko. Nie chodzi mi o pobłażliwość tłumaczoną miłością w sytuacji, gdy nasza pociecha krzywdzi kogoś lub kompletnie nas nie słucha. Tak naprawdę to właśnie miłość do dziecka nakazuje nam stanowczo nie zgadzać się na takie zachowania i tłumaczyć do znudzenia, dlaczego ich nie akceptujemy. Jedyne, co chciałam przekazać, to aby ludzie wychowujący "trudne dzieci" nie dali się złapać w pułapkę widzenia w nich tylko ich niegrzeczności. Nie ma dzieci niegrzecznych przez cały czas - są tylko za mało uważni obserwatorzy.   
Jak napisał niegdyś mój niedościgniony wzór - Janusz Korczak - "Staram się dziecko zrozumieć, nie szkodzić mu, stwarzać mu warunki i bodźce, żeby chciało być lepsze". Do tego właśnie dążmy w wychowywaniu, taki obierzmy cel - żeby nasze dzieci CHCIAŁY BYĆ LEPSZE. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz