środa, 27 maja 2015

Kocham. Nie wyręczam


Zauważyłam ostatnio we współczesnej psychologii silną tendencję do lansowania coraz to nowych terminów rozpoczynających się przedrostkiem "samo"; i tak w tej licznej rodzince mamy już samorealizację, samorozwój, samoafirmację, samoświadomość, samoregulację, samosterowność, samodoskonalenie... I całą masę innych "samosiów". Co więcej, wszystkie te słowa-klucze można coraz częściej spotkać w poradnikach, gazetach i na portalach dotyczących wychowywania dzieci. Osobiście nie mam nic przeciwko rozwijaniu u najmłodszych samoświadomości czy samoregulacji, jednak myślę, że warto najpierw pochylić się nad inną, bardziej fundamentalną sprawą. Innymi słowy - dziś parę słów o samodzielności. 


Parę dni temu na zajęciach w przedszkolu rozmawialiśmy o obowiązkach domowych. Jeden z chłopców na pytanie o jego obowiązki odparł, że nie ma żadnych. Zaczęłam drążyć temat, dopytywać, aż doszłam do tak prowizorycznych czynności, jak mycie zębów i ubieranie się. I czego się dowiedziałam? Otóż mój 6-latek, będąc w domu, nie ubiera się sam. I z tego, co wywnioskowałam z rozmowy, nie dotyczy to tylko wyjątkowych sytuacji typu "jest szósta rano, maluch zaspany, a my musimy natychmiast wyjść z domu" - w takich przypadkach jak najbardziej rozumiem robienie tego za dziecko. Ale regularne ubieranie 6-letniego, w pełni sprawnego synka, który za kilka miesięcy ma iść do szkoły? Nie kupuję tego.

Swoją drogą, ten chłopiec umie ubrać się sam; robi to codziennie, gdy wychodzimy na podwórko i gdy z niego wracamy, a także podczas przebierania się na zajęcia sportowe. Idzie mu to wyraźnie wolniej niż pozostałym (czemu trudno się dziwić, zważywszy na fakt, że jedynie w przedszkolu ma okazję do ćwiczenia tej umiejętności), ale POTRAFI! Tym bardziej dziwi mnie, że rodzice nadal go w tym wyręczają, jakby gdzieś umknął im ten fakt, że ich synek nie jest już dwuletnim berbeciem i jest w stanie doskonale poradzić sobie z samoobsługą bez ich pomocy.

Niestety ten chłopiec i jego rodzice nie są wyjątkiem. Codziennie w naszej przedszkolnej szatni można zaobserwować tzw. "syndrom bałwanka" - dzieci stojące niczym bezwolne marionetki i ubierające/rozbierające je mamy czy tatusiowie. Pamiętam, gdy do mojej grupy przyszedł 3-letni chłopczyk, który do tej pory był całkowicie wyręczany w tej kwestii. Pomijam już fakt, że nie umiał sam założyć nawet tak prostych elementów garderoby, jak czapka czy wsuwane buty; najgorsze było to, że malec - jak mniemam, w efekcie ciągłego wyręczania - zdawał się nie być świadomy, że po skorzystaniu z toalety trzeba podciągnąć majtki i spodnie. Jeśli ktoś nie zrobił tego za niego lub przynajmniej mu o tym nie przypomniał, to chłopczyk wracał do zabawy z majtkami u kostek i wydawało się, że nie widział żadnego problemu. Nie wiem, jak Wam, ale mi takie "kwiatki" dobitnie pokazują, że brak wdrażania kilkulatka do samodzielności to de facto upośledzanie dziecka.

A tak a propos upośledzania - kiedyś na studiach jedna z prowadzących, mówiąc o samodzielności (co prawda w kontekście dzieci niepełnosprawnych, ale pasuje to także do tych w normie), przytoczyła nam sytuację z własnej praktyki. Otóż miała kiedyś do czynienia z wyjątkowo opornym ojcem, który za nic nie chciał zaprzestać wyręczania swojej córki w ubieraniu się. Gdy nie pomagały żadne tłumaczenia, nauczycielka w końcu postanowiła sięgnąć po bardziej drastyczną metodę - kazała mu wyobrazić sobie córkę za dziesięć lat, gdy będzie już nastoletnią pannicą. Następnie zapytała go, czy wtedy także będzie ją ubierał, a jeśli tak, to czy zamierza również zmieniać jej podpaski. Podobno podziałało to na tamtego pana niczym zimny prysznic.

Wyręczanie dzieci w czynnościach, z którymi mogą sobie spokojnie poradzić samodzielnie, razi mnie nie tylko przy ubieraniu przedszkolaków; równie mocno drażnią mnie karmione 4-latki, pakowane do szkoły 8-latki i niepotrafiące zrobić sobie kanapki nastolatki. Właściwie to ta cała irytacja powinna być raczej skierowana na ich rodziców, bo z reguły to oni, z własnej nieprzymuszonej woli, obsługują swoje pociechy w znacznie większym niż niezbędny zakresie. W naszych przedszkolu jest pewna pani, która często pod koniec dnia pracy mówi, że w domu czeka na nią jeszcze sterta ubrań do prasowania i ugotowanie obiadu na następny dzień. Niby nic takiego - ot, zwykłe obowiązki domowe, szara codzienność większości rodzin, których nie stać na pomoc domową. Ale uwaga - pani ma męża i dwoje DOROSŁYCH dzieci, z których starsze lada dzień kończy 26 lat. Moi rodzice, będąc w tym wieku, już od kilku lat prowadzili własne gospodarstwo domowe i wychowywali dwójkę dzieci, gdy tymczasem wspomniany 26-latek nie musi nawet zadbać o to, by mieć co zjeść i w co się ubrać. A najgorsze jest to, że takich ludzi jest pełno.

Każdy, kto widział kiedyś dziecko ze świeżo nabytą umiejętnością wiązania sznurowadeł czy smarowania chleba masłem zna na pewno ten radosny i przepełniony dumą wyraz twarzy. Bo dzieci naprawdę CHCĄ być samodzielne, naprawdę chcą się tego wszystkiego uczyć! Moje 6-latki uwielbiają na przykład sprzątać stołówkę po posiłkach (włącznie ze zrzucaniem resztek z talerzy do wiadra, bo to największa frajda) i regularnie domagają się pozwolenia na samodzielne nalanie sobie wody. Jeśli zaś chodzi o młodsze dzieci, to jestem przekonana, że ich rodzice dobrze znają  sztandarowe hasło maluchów, czyli "ja siam!"/"ja siama!", powtarzane za każdym razem, gdy dorosły chce przejąć stery w którejś z czynności dnia codziennego związanej z dzieckiem. Niestety ten pęd do samodzielności nie trwa wiecznie - trzeba kuć żelazo, póki gorące, bo jeśli przezwyczaimy swojego malucha do bycia obsługiwanym na każdym froncie, to potem będzie już coraz trudniej. A więc drogi rodzicu! Ucz swą pociechę samodzielności, bo nawet jeśli na początku wymaga to sporo czasu, wysiłku i cierpliwości, to jednak  jest to w końcu inwestycja na lata, w której na dodatek korzyści osiągają obie strony:)



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz