czwartek, 23 kwietnia 2015

Żywieniowy zawrót głowy

Nie od dziś wiadomo, że są takie tematy, które wyzwalają u większości rodziców potężną dawkę emocji i stają się nieraz polem do walki między zwolennikami i przeciwnikami jakiejś opcji. Niewątpliwie jednym z tych tematów jest kwestia żywienia dzieci. Akcja "jedzenie" zaczyna się już od narodzin dziecka, kiedy to wśród świeżo upieczonych matek następuje rozłam skutkujący utworzeniem się obozu karmiących piersią i obozu dających dzieciom sztuczne mieszanki; sami zapewne wiecie, ile wrogości potrafią żywić do siebie przedstawicielki tych odmiennych rozwiązań. Gdy przychodzi czas rozszerzania diety, powodów do sporu przybywa w tempie geometrycznym: wymagać od dziecka, by jadło warzywa, czy skłonić się raczej do metody "bobas lubi wybór"? Pozwalać na słodycze czy jak najdłużej udawać, że coś takiego w ogóle nie istnieje? Serwować krowie mleko w trosce o mocne kości czy raczej zaufać specjalistom głoszącym, że to napój dobry wyłącznie dla cieląt? Przełamywać opór niejadka czy poczekać, aż z tego wyrośnie?

Jak w każdej chyba kwestii dotyczącej wychowywania dzieci, tak i w tej stawiam osobiście na zdrowy rozsądek. Mamy wśród przedszkolnych rodziców niejedną fanatyczkę zdrowego żywienia i co dzień na własne oczy przekonuję się, że taki skrajny radykalizm nie wychodzi dziecku na dobre. Przykład? Parę lat temu z okazji Mikołajek dzieci dostały czekoladowe figurki świętego Mikołaja. Ponieważ znałyśmy zdanie niektórych rodziców na temat słodyczy, poprosiłyśmy maluchy, by odłożyły swoje smakołyki do szatni i zjadły je dopiero, gdy mama lub tata pozwolą. Żadne z dzieci (o dziwo) nie wyraziło zbytniego niezadowolenia - grzecznie odniosły czekoladki na półki i poszły się bawić. Tylko jedna dziewczynka, zanim ktokolwiek zdążył zareagować, wpakowała sobie pół Mikołaja do buzi i gdyby tylko mogła, pochłonęłaby także drugą połowę, a najlepiej jeszcze kilka sztuk. Jak się zapewne domyślacie, była to córeczka wyznawczyni idei "Cukier - biała śmierć". 

Owszem, zgadzam się z tym, że słodycze nie są wartościowym pożywieniem ani dla dzieci, ani dla nikogo, jednak robienie z nich "zakazanego owocu" - jak widać w powyższym przykładzie - jest według mnie znacznie gorsze niż przyzwolenie od czasu do czasu na małe, słodkie co nieco. Nie wierzę w to, że dziecko trzymane z dala od słodyczy w późniejszym życiu także będzie ich unikać; przypuszczam wręcz, że takie bezwzględne zakazy przyniosą raczej odwrotny skutek. Dlatego nie zapominajmy, że między całkowitą eliminacją słodkości a jedzeniem ich bez ograniczeń jest jeszcze jedna opcja, którą gorąco polecam - umiar, umiar i jeszcze raz umiar!

Inną sprawą związaną z żywieniem, która nieodmiennie wzbudza mój wewnętrzny sprzeciw, jest zmuszanie dzieci do jedzenia. Za każdym razem, gdy widzę dorosłą osobę usilnie nękającą dziecko, by zjadło jakąś nielubianą przez siebie potrawę, mam ochotę dać temu maluchowi numer telefonu do Rzecznika Praw Dziecka. Jeśli ten tekst czyta ktoś, kto lubuje się w notorycznym nagabywaniu swojego (lub cudzego) dziecięcia, by zjadło, to mam prośbę - zanim zrobisz to po raz kolejny, pomyśl sobie o potrawie, której wyjątkowo nie lubisz (dla mnie to np. pulpety z kaszą gryczaną) i zastanów się, jak byś się czuł, gdyby ktoś non stop przekonywał Cię, że to pyszne i zdrowe? "No zjedz chociaż kawałek, no jedną łyżeczkę, no spróbuj, spróbuj, spróbuj...". Nie wiem jak Wy, ale ja na samą myśl o wciskaniu mi pulpetów z tekstem, że są taaakie dobre, tracę apetyt.

Żeby nie zostać źle zrozumianą, chciałabym podkreślić jedną rzecz - czymś innym jest próba przełamywania oporów dziecka przed nowymi potrawami, a czymś zupełnie innym terroryzowanie go w kwestii jedzenia. Sama także staram się namawiać moich podopiecznych do oswajania niejadanych dotychczas rzeczy, bo wiem, że ich niechęć jest w tym wieku czymś zupełnie naturalnym i często okazuje się tylko przejściowym problemem. Poza tym miło jest patrzeć na dziecko, które pęka z dumy, bo pierwszy raz w życiu odważyło się i zjadło buraczki czy surówkę z pora. Ale niestety znam też osoby, które w swoim dążeniu do nauczenia dzieci spożywania zdrowych potraw regularnie przekraczają granicę, za którą "namawianie" zmienia się w "zmuszanie" (choć zapewne w ich odczuciu daleko im do tego). Osoby te uważają za swój wielki sukces, gdy dzięki nim dziecko zje całą surówkę; tylko czy aby na pewno o to właśnie chodzi? Czy rzeczywiście ta porcja witamin jest warta więcej niż komfort psychiczny dziecka? Podobnie jak w kwestii słodyczy, tu również apeluję o zdrowy rozsądek - zachęcajmy, przekonujmy, ale nie zamieniajmy się w żywieniowego terrorystę. Myślę, że w ostatecznym rozrachunku ważniejsze od zdrowego odżywiania jest poczucie dziecka, że traktuje się je z szacunkiem i na każdym polu respektuje się jego odrębność.

A na koniec tych jedzeniowych mądrości mini rada dla wszystkich, którzy swoje dzieci określają mianem niejadków: zapisujcie przez kilka dni WSZYSTKO, co zjadają i wypijają wasze pociechy. Podkreślam, że liczy się absolutnie wszystko - każdy chrupek kukurydziany, każde winogronko, każdy kubek soku. Zauważyłam bowiem dziwną tendencję do nazywania niejadkami dzieci, które może i w porach głównych posiłków nie powalają apetytem, ale za to między posiłkami dostarczają sobie potrzebną im ilość kalorii pod postaciami przeróżnych przekąsek czy napojów. Dziwią mnie rodzice tych rzekomych niejadków, którzy z wyraźną ulgą w głosie wypowiadają opinie typu "dobrze, że chociaż bananka zje, owoce są zdrowe...". Przecież skoro po niezjedzonym śniadaniu dziecko - w obawie przed zagłodzeniem - co chwila jest dokarmiane a to jogurcikiem, a to wafelkiem, a to bananem, nie ma szansy na dobre zgłodnieć. Skąd więc potem zdziwienie, że w porze obiadu nie je zupy czy kotleta? Dlatego też zachęcam wszystkich zainteresowanych do uczciwego zweryfikowania, czy Wasze niejadki są nimi przez cały dzień, czy tylko podczas śniadań, obiadów i kolacji; z bycia takim okolicznościowym niejadkiem można bowiem błyskawicznie wyleczyć- myślę, że sami wiecie już, jak:)
 

2 komentarze:

  1. Przyrzekam , że już nigdy nie podam klopsików:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Przymus powoduje w dłuższym okresie czasu tylko i wyłącznie negatywne skutki, zgadzam się!

    OdpowiedzUsuń