środa, 15 kwietnia 2015

Akcja - stylizacja

W końcu nastała wiosna. A wraz z nią przyszła pora na zmianę garderoby. Również moje przedszkolaki porzuciły już puchowe kurtki, ciepłe kozaczki i wełniane szale na rzecz lżejszych okryć. I jak co roku, poza mniej lub bardziej klasycznymi ubrankami dziecięcymi w dziesiątkach kolorów i wzorów, moją szczególną uwagę przykuło kilka wyraźnie wyróżniających się odzień. Gustowny, szary płaszczyk dwurzędowy. Wełniany beret. Kraciasty kaszkiet. Zwiewna apaszka. Bardzo ładne, szykowne rzeczy, niewątpliwie wysokiej jakości, czyniące z moich rozbrykanych kilkulatków małych dżentelmenów i małe elegantki.

Z jednej strony naprawdę miło popatrzeć na dzieci ubrane w ten sposób. Taki „look” w wydaniu trzyletniego brzdąca czy pięcioletniej dziewuszki robi wrażenie. A jednak zawsze, gdy na małych dzieciach widzę ubrania pasujące bardziej do działu damskiego czy męskiego niż dziecięcego, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że jednak coś tu nie gra. Że kilkulatek w trenczu i kaszkiecie, choć prezentuje się nienagannie, to jednak traci coś ze swojej dziecięcości. Że stylizowanie dzieci tak, by dziewczynka przypominała mini-kobietę, a chłopczyk mini-mężczyznę, to może niekoniecznie najwłaściwszy kierunek w modzie dziecięcej (a swoją drogą – samo słowo „stylizacja” w kontekście ubioru dziecięcego jakoś mi zgrzyta…). Wszak dzieciństwo trwa tak krótko, że szkoda marnować je na robienie z dzieci miniaturek ludzi dorosłych.

Choć impulsem do refleksji nad modą dziecięcą stały się dla mnie właśnie wiosenne okrycia wierzchnie moich podopiecznych, to jednak na nich się nie skończyło. Od razu przypomniały mi się różne sytuacje z pracy, których głównym „bohaterem” stał się jakiś dziecięcy ciuszek.  Na przykład poprzedniej zimy, gdy szykowaliśmy się na występ z okazji Dnia Babci i Dziadka. Choć uroczystość zaplanowana była dopiero na popołudnie, to dziewczynki już od rana przeżywały fakt, że wkrótce przebiorą się w swoje wyjściowe sukienki. Gdy zostało już jakieś trzydzieści minut do „godziny zero” i moje pannice mogły już założyć swe kreacje, emocjom nie było końca. Tylko jedna z nich była dziwnie markotna. Bo choć miała na sobie naprawdę ładną, gustowną sukienkę z dzianiny w szaro-czarny wzorek, to jednak na tle innych dziewczynek z ich wielobarwnymi falbankami, kokardkami i tiulami prezentowała się dosyć blado. 

Tamta sytuacja (jak i wiele podobnych, w końcu uroczystości u nas dostatek) mocno wpłynęła na moje zdanie w kwestii tak zwanego „kształtowania gustu od małego”. Bo czy aby na pewno, ubierając swoje dziecko w taki, a nie inny sposób,  mamy na celu właśnie wyrobienie u niego dobrego gustu? Szczerze mówiąc jestem przekonana, że tamtej dziewczynce nadal bardziej podobają się różowe sukienki w stylu księżniczkowym aniżeli te kupowane jej przez mamę. I według mnie jest to przywilej dzieciństwa. Jeśli dziecku marzy się choćby najbardziej w naszym mniemaniu kiczowata kreacja, jeśli ma mu sprawić naprawdę wielką radość założenie jej na jakąś specjalną okazję, to w imię czego my – dorośli z „dobrym gustem” – mamy mu tego bronić? Zaręczam Wam, że większość dziewczynek prędzej czy później wyrasta z miłości do różu i falbanek. A skoro w wieku kilku lat właśnie takie stroje wydają im się najpiękniejsze, to dlaczego nie pozwolić im na nacieszenie się nimi, póki jeszcze są dziećmi i w naturalny sposób im to „przystoi”? 

Swoją drogą przyznam szczerze, że kwestia „wyrabiania gustu od małego” zawsze była dla mnie mocno podejrzana. I nie mam tu na myśli wyłącznie modowych stylizacji, ale również inne przejawy takowego działania, jak choćby urządzanie dziecku pokoiku w beżowej lub czarno-białej tonacji. Nie mówię, że jest to jednoznacznie złe; po prostu nieraz wygląda mi to bardziej na robienie z dziecka przedłużenia samego siebie, czegoś w rodzaju maskotki, dodatku. JA lubię to i to, więc również MOJE DZIECKO ma lubić to i to. Z moich dotychczasowych obserwacji wynika, że dosyć często jest to w dużej mierze nieświadome działanie, że po prostu  automatycznie zakładamy pewne rzeczy; właśnie dlatego tym bardziej zachęcam wszystkich, by częściej oddawali głos samym zainteresowanym. Korzyści z faktu, że pozwolimy im decydować o sobie w tego typu sprawach, według mnie znacznie przewyższą ewentualne straty.

A na koniec super-pozytywny przykład z mojego przedszkola (żeby nie było, że tylko ciągle  krytykuję!). Otóż mam w grupie chłopca, który w swoim dyżurnym, galowym stroju przywdziewanym na wszelkie uroczystości (materiałowe spodnie + elegancka koszula) wygląda wprost zniewalająco. Po jednym z występów, rozmawiając z jego mamą, nie omieszkałam wspomnieć o swoim zachwycie nad prezencją jej syna. Mama gorliwie przytaknęła, również zauroczona tym, jak wygląda jej pociecha, po czym dodała, że bardzo chętnie ubierałaby go w ten sposób na co dzień, ale on woli dresy i bluzki z Zygzakiem. No właśnie – woli dresy, więc nosi dresy, choć mama uwielbia go w eleganckim wydaniu. Niby nic, a jednak dla mnie jest to piękny dowód mądrej miłości do dziecka. Więc jeśli Wasi synowie również wolą zwykłe, bawełniane koszulki z bohaterami Disneya, a córki różowe bluzeczki z pewnym słynnym na cały świat kotkiem, to proszę, odpuśćcie im „kształtowanie gustu”. Na to będzie jeszcze czas. Za to z pewnością nigdy nie jest za wcześnie, żeby pozwolić dziecku BYĆ SOBĄ.

2 komentarze:

  1. Najgorsze jest robienie z dziewczynki 8 - 10 lat takiej kobiety wyzwolonej, czyli ubrana w mega krótką kiecę jakiś topik albo prowokujące legginsy. Trochę chyba za wcześnie na takie ubiory tym bardziej że żyjemy w dość specyficznych czasach więc może to być dość niebezpieczne dla takiego dziecka, czego chyba rodzicie często nie są świadomi niestety.

    OdpowiedzUsuń
  2. Absolutnie się z Tobą zgadzam- pozwólmy człowiekowi w KAŻDYM wieku zachowywać się zgodnie z tym wiekiem (albo WŁASNYMI tego człowieka gustami i upodobaniami). Oczywiście - w granicach zdrowego rozsądku. Też nie podobają mi się małe, wyzywające...dziewczynki ubrane w ultrakrótką spódniczkę jak przydrożne Panie i na to akurat nie mogłabym się- jako matka zgodzić. W końcu (moim zdaniem )tolerancja wcale nie polega na przyzwolenie na KAŻDE zachowanie, jakie człowiekowi przyjdzie do głowy...Rozczulają mnie po prostu małe dziewczynki w tiulowych, różowych, (tak naprawdę karnawałowych) spódniczkach i puchowych kurtkach dumnie paradujące pod osiedlowym przedszkolem.Też uważam, że małe dziewczynki mają prawo do marzeń o różowych falbankach a nastolatki do bycia gotem, pankiem, emu czy na co tam akurat jest moda....W końcu wszyscy, gdy widzimy dość wiekową, dość...hm..ekscentrycznie ubraną Panią myślimy, że "coś z nią chyba nie tego..." a ja myślę sobie, że może kiedyś nie do końca pozwolono jej być sobą, więc kiedyś musi być po prostu dziewczynką....Dlatego uważam, że mama musi pozwolić na rozsądne fanaberie nawet, gdy ukochana córeczka stanowczo odmawia (ku rozczarowaniu mamy) noszenia "Nelowatych"(czyli w stylu Nel z pierwszej ekranizacji "W pustyni i w puszczy") sukienek...

    OdpowiedzUsuń