niedziela, 22 marca 2015

Dorośli kontra dzieci, czyli kto ważniejszy?


Szperając ostatnio w Internecie , natrafiłam na ciekawy (i jakże aktualny) cytat największego według mnie autorytetu w dziedzinie pedagogiki – Janusza Korczaka: „Albo życie dorosłych –na marginesie życia dziecięcego. Albo życie dzieci - na marginesie życia dorosłych. Kiedy nadejdzie owa szczera chwila, gdy życie dorosłych i dzieci stanowić będzie zrównoważony talent.” Obserwując na co dzień rodziców moich przedszkolaków, rozmawiając z koleżankami-matkami i śledząc fejs-aktywność „dzieciatych” znajomych, często zadaję sobie 
podobne pytanie.

 Jak wielu ludzi, stając się rodzicami, podporządkowuje temu całe swoje życie, tak, jakby od chwili narodzin dziecka przestawali być tą Kasią, Gosią czy Piotrem, ze swoimi marzeniami, aspiracjami, pasjami, a stawali się wyłącznie mamą lub tatą… Czy na pewno tego akurat potrzebują dzieci? Czy prawidłowy rozwój zapewni im właśnie podporządkowanie im całego otoczenia? Gwoli ścisłości - nie mówię tu o tych rodzicach, którzy – najczęściej nieświadomie - wychowują dziecko na Pana i Władcę, pozwalając mu rządzić w Królestwie Naszego Domu – nie, mówię też o normalnych, zwykłych matkach, o starających się jak najlepiej wychować potomka ojcach, którzy jednak gdzieś po drodze zapomnieli, że rola rodzica nie jest jedyną, jaką przyszło im w tym życiu pełnić. Którzy pozwolili – na ogół głęboko przekonani, że tego właśnie wymaga rodzicielstwo - by ich życie osobiste zostało zepchnięte na margines, robiąc tym samym jak najwięcej miejsca dziecku.

Mam znajomych, którzy wszystkie swoje plany i zamiary uzależniają niemal w stu procentach od swojego malucha. A więc – nie pojadą w odwiedziny do przyjaciół, bo za daleko, jeszcze Mały by się nudził w samochodzie. Nie umówią się ze znajomymi na konkretną godzinę, bo nie wiadomo, o której Mały zechce uciąć sobie drzemkę i o której się wybudzi. Nie posiedzą przy stole, by porozmawiać, bo trzeba chodzić krok w krok za Małym i czuwać nad Jego bezpieczeństwem (przy czym warto zaznaczyć, że nie jest to jakieś szczególnie nadaktywne dziecko, które tylko szuka okazji, by coś zbroić). A jak już nawet rozmawiają – to wyłącznie na tematy okołodzieciowe. Przykłady można by mnożyć w nieskończoność, ale myślę, że wiecie, o czym mówię. Jak najbardziej wierzę w to, że przy dziecku trudniej coś zaplanować, zorganizować wyjazd i tak dalej, ale czy rzeczywiście jest tak, że dziecko staje się aż taką przeszkodą? Czy może to my przesadzamy, czyniąc z niego aż do tego stopnia obiekt pod ochroną? Będzie się nudzić? No to będzie, nie pierwszy i nie ostatni raz. Nie zaśnie wtedy, gdy my zdecydujemy się je położyć? Trudno, najwyżej będzie miało krótszą drzemkę albo prześpi się w wózku. Nie dajmy się zwariować! Są rodzice-zapaleni podróżnicy, którzy już w parę miesięcy po narodzinach maleństwa pakują je w chustę czy nosidełko i wyruszają w dalekie wojaże, i jakoś dzieci od tego nie umierają – a więc jednak da się!

Oczywiście zgodzę się, ze dziecku – szczególnie małemu – potrzebne jest ustrukturyzowanie codzienności, wprowadzenie porządku, pewnych schematów i przewidywalności, ale z drugiej strony nie można z tym przesadzać! Nie zapominajmy, że po to wychowujemy tych małych ludzi, by w przyszłości poradzili sobie w świecie – i to w świecie, który przecież nie jest tak uporządkowany i przewidywalny jak ten serwowany im niekiedy w dzieciństwie.  Jestem przekonana, że taką chorą koncentracją na dziecku i uzależnianiem wszystkiego od niego prędzej mu zaszkodzimy niż pomożemy. Zamiast więc tracić energię na to, by dostosować cały świat do potrzeb i preferencji naszego szkraba, skupmy się lepiej na tym, by wychować go na elastycznego człowieka. Człowieka, który będzie potrafił być szczęśliwy nawet wtedy, gdy otoczenie nie będzie nieustannie dostosowywać się do jego oczekiwań.

Są i tacy rodzice (zdecydowanie częściej dotyczy to ojców – wybaczcie, Panowie), którzy dziecko owszem, mają, ale ten drobny szczegół niewiele zmienia w ich życiu. Jasne, dziecko potrzebuje czasu, uwagi, stymulowania jego rozwoju – ale od czego są nianie, żłobki czy przedszkola? Tak, niestety są ludzie, którzy chyba nie do końca zdają sobie sprawę, jak wielką rolę mają do odegrania w życiu swojego potomka. Redukują tę rolę do zapewnienia dziecku dobrych warunków życia, szeregu dodatkowych zajęć, drogich zabawek, najlepszej w okolicy opiekunki. Ale na tym koniec. Więcej nie mogą (nie chcą?) mu dać, bo mają swoje ważniejsze sprawy, swoje ambicje zawodowe, swoje zainteresowania i przezwyczajenia… I tak właśnie życie dziecka toczy się gdzieś na marginesie o wiele ważniejszego życia dorosłych.

Mamy w przedszkolu zwyczaj, że zawsze, gdy zbliżają się jakieś okołoświąteczne, luźniejsze dni czy też długie weekendy, robimy rozeznanie wśród rodziców, żeby zorientować się, ilu z nich zamierza przyprowadzić wtedy do nas dzieci. Najczęściej tych chętnych jest jak na lekarstwo, czasem nawet przedszkole jest zamykane, bo zgłoszonych zostaje tylko dwoje czy troje dzieci. Ale chodzi też do nas pewna dziewczynka, której mama zawsze, ale to zawsze w takich sytuacjach deklaruje chęć przyprowadzenia jej. I nie, nie jest to ciężko pracująca matka, która po prostu nie ma w te dni wolnego i dlatego potrzebuje opieki do dziecka. Zawsze, gdy powtarza się taka sytuacja, zastanawiam się, co musi czuć ta mała - przecież doskonale wie, że mama nie chodzi do pracy i że spokojnie mogłaby zająć się swoją córeczką, tylko...? No właśnie.  

Do tej pory pamiętam też inną sytuację - to był pierwszy rok mojej pracy, okres tuż przed świętami. Przy oddawaniu dziecka poinformowałam jednego z rodziców, że w Wigilię przedszkole będzie zamknięte. Ponieważ mój rozmówca nie krył swojego rozczarowania, zapytałam empatycznie, czy musi pracować w ten dzień. Odparł, że nie, nie musi, ale liczył na to, że będzie mógł podczas nieobecności córek spokojnie ubrać choinkę i porozwieszać lampki w mieszkaniu. I tak oto już na początku mojej kariery pedagogicznej dowiedziałam się, że dzieci bywają dla niektórych wielką przeszkodą w ich własnym domu. Swoją drogą ciekawa jestem, czy w końcu udało mu się zrealizować te wymagające nieobecności dzieci  przedsięwzięcia, czy też spędzili tamte święta bez choinki i bez lampek.

Właściwie myślę sobie, że taki sposób traktowania najmłodszych nie jest niczym nowym; jeśli zastanowić się, jak dawniej wyglądała pozycja dziecka w rodzinie i społeczeństwie, to nasuwa się wniosek, że kiedyś dzieci po prostu BYŁY; generalnie opiekowano się nimi, nie zaniedbywano ich, ale zarazem nie było tak, że wraz ze swoim przyjściem na świat stawały się automatycznie jego centrum. Być może ci rodzice, dla których rola mamy czy taty jest marginalna w przeciwieństwie do innych pełnionych przez nich ról, mieli na przykład właśnie takiego tatę – nieobecnego, wiecznie w pracy, ewentualnie – rozłożonego na kanapie z gazetą i zażywającego odpoczynku, którego dziecku nie wolno było zakłócać… Nie będę jednak rozwijać tego wątku, bo nie chcę bawić się tutaj w psychoanalityka. Chcę jedynie wszystkim tym, którzy – mając dzieci – są niemal w stu procentach pochłonięci innymi sprawami i zbyt zajęci/zmęczeni/znudzeni, by zaangażować się bardziej w bycie rodzicem , zadedykować inną myśl cytowanego już wcześniej Korczaka: „A może łudzimy się, sądząc, że dziecko to tylko i tyle, ile my chcemy? Może kryje się przed nami, może cierpi skrycie?”. Pozostawiam do samodzielnej refleksji.

Chociaż w dzisiejszym świecie coraz więcej takich skrajności, to jednak nie można powiedzieć, że nie ma już „normalnych” rodzin, w których równie ważne są i dzieci, i dorośli. Za każdym razem, gdy poznaję taką rodzinę, mam ochotę przebywać w niej jak najdłużej. I duzi, i mali mają tam prawo do szacunku. Respektowane są potrzeby czy preferencje i jednych, i drugich. I choć z oczywistych względów o wiele większą gotowością do poświęceń muszą wykazywać się rodzice, to jednak prócz bycia mamą czy tatą pozostają oni także po prostu sobą, nie rezygnując w imię miłości do dziecka ze swoich planów, marzeń czy przyjemności. I wiecie co? Jestem przekonana, że to właśnie oni – kochający, ale zarazem niezapominający o sobie rodzice - dają swoim dzieciom najwięcej. Od nich się uczmy, z nich bierzmy przykład. Dla dobra dorosłych i dla dobra dzieci. 



2 komentarze:

  1. Bardzo mądry wpis. Też mam wrażenie, że obecnie rodzice zatracają się w swoim rodzicielstwie, które popada w paranoję. Nigdzie nie pojadą bo za daleko, bo dziecko wytrzęsie. Jak już gdzieś się pojadą, to wracać muszą migusiem i to tego samego dnia! Szybko kąpiel, przecież niemowlę nie może spać na 'brudasa', trzeba choć ochlapać wodą, żeby nie zakłócić rytmu dnia... Słodycze, dopiero po 3 roku życia, podczas gdy sami opychają się na codzień, a dziecku język chce uciec.

    OdpowiedzUsuń
  2. ooo....a ja mam dorosłe już dzieci i teraz-patrząc wstecz- niejednokrotnie miałam wyrzuty sumienia, że nie były one w epicentrum mojego świata. W sensie-były bardzo, bardzo ważne ale.... byłam też żoną, pracownikiem, siostrą,koleżanką, sobą(???)...Czytając ten wpis czuję,że jest on jakby "rozgrzeszeniem" dla moich wyrzutów. Czyżbym intuicyjnie (nie wspomagając się opiniami żadnych autorytetów) wiedziała, że dzieci po prostu trzeba kochać aby wyrosły na mądrych, samodzielnych ludzi ????(moje dzieci są tego dowodem)...

    OdpowiedzUsuń