wtorek, 3 lutego 2015

Witam na moim blogu poświęconym - najogólniej mówiąc – po prostu dzieciom


    Po przeczytaniu rubryki „o mnie” pewnie wielu z was pomyśli: „A niby co taka małolata niemająca własnych dzieci może wiedzieć o ich wychowywaniu?”. Być może wielu z was już nigdy więcej tutaj nie zagości, ufając bardziej radom i wskazówkom starszych wiekiem psychologów i innych specjalistów, którzy w CV mogą pochwalić się kilkoma ukończonymi fakultetami  oraz szeregiem szkoleń i warsztatów. A jednak według mnie w całej tej dyskusji o dzieciach za dużo jest psychologizowania, schematów, chęci etykietowania wszystkiego, a za mało zdrowego rozsądku i otwartego umysłu. Jednym słowem - za mało jest chęci prawdziwego poznania tego konkretnego dziecka, które przed nami stoi i być może sprawia jakieś problemy wychowawcze. Dlatego też mam nadzieję, że moje przemyślenia, które zamierzam tutaj umieszczać- trochę inne niż to, co serwują nam wszelkiej maści „specjaliści od dzieci” -  zainspirują kogoś do innego spojrzenia na najmłodszych i choć w minimalnym stopniu przyczynią się do lepszego zrozumienia ich świata.   
     A skąd pomysł na tego bloga?


     Otóż obserwuję w przedszkolu „moich” rodziców – ludzi odnoszących sukcesy na polu zawodowym, jeżdżących najlepszymi samochodami i spędzających popołudnia na sushi (nie wiem dlaczego, ale dla mnie to synonim luksusu) – i nie mogę pojąć, dlaczego w konfrontacji z własnymi dziećmi nagle stają się kompletnie bezradni, zagubieni, bezsilni… Jak to jest, że ten mały człowieczek- 2-,3-,4-latek- potrafi podporządkować sobie wielkiego pana biznesmena, który na co dzień rządzi całym zespołem ludzi? Jak to jest, ze ta sama osoba miedzy 8 a 16, będąc w miejscu pracy, potrafi okazywać  swoją siłę, stanowczość, konsekwencję, kreatywność i masę innych, bardzo wartościowych cech, a po przyjściu do przedszkola po swoją pociechę nagle doznaje dziwnej metamorfozy i nie jest w stanie zapanować nad jednym brzdącem? Jak to jest, że po lekturze tysiąca książek o psychomanipulacji, technikach wywierania wpływu na innych itp., pan/pani szef nadal nie umie poradzić sobie ze swoim kilkulatkiem? Co takiego jest w tych małych ludziach, że dorośli sprawiają wrażenie przerażonych samą wizją konfrontacji z nimi? 
     Nie zrozumcie mnie źle – nie chcę tu nikogo obrażać ani umniejszać czyichś osiągnięć zawodowych, po prostu fascynuje mnie ta rozbieżność między zachowaniem człowieka, gdy funkcjonuje w roli prezesa czy choćby pracownika korporacji a zachowaniem tej samej osoby podejmującej obowiązki wynikające z faktu bycia rodzicem. Być może rozgryzę tę zagadkę, gdy sama zostanę mamą? Może dopiero totalna zmiana perspektywy, z jakiej dziś patrzę na wychowywanie dzieci i na relacje rodzic-dziecko sprawi, że zrozumiem ten paradoks? Może. Póki co jednak mam nadzieję, że ta garść refleksji, którymi  chcę się podzielić z innymi za pośrednictwem tego bloga przyda się komuś, zainspiruje kogoś do własnych rozmyślań i przyczyni się do lepszego rozumienia najmłodszych. Zapraszam!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz